01.03.2011
Destroyer - "Kaputt"
Kaputt - dziewiąty już album studyjny projektu założonego i od początku dowodzonego przez Daniela Bejara. Napisałem projektu, ponieważ jest to inicjatywa jednoosobowa - Bejar sam pisze teksty i komponuje muzykę, także produkuje swoje płyty. Pod szyldem Destroyer kryje się zatem projekt jednoosobowy, naturalnie z towarzyszeniem gości.
W przypadku Kaputt wokalnie udziela się Sibel Trasher, którą słyszymy na Blue Eyes, gdzie fantastycznie uzupełnia Bejara swoim przejrzystym, mocnym wokalem. Tutaj jawnie słychać jedną z głównych inspiracji całej płyty - Roxy Music, zwłaszcza płyty Avalon. Zresztą sam Bejar przyznawał się bez ogródek, że uwielbia Roxy Music, jak i samego Briana Ferrego. Słychać to na albumie Kaputt doskonale. Próżno tutaj szukać zadziorności, tudzież synthpopowej otoczki, z której Destroyer był dotąd silnie kojarzony. Płyta przypomina bardziej senną opowieść z pogranicza filmu o nieszczęśliwej miłości, czasem jakkolwiek ociera się o wpływy typowe dla lat 80 - tych, choćby w Savage Night At The Opera, bardzo w stylu The Cure. Dominuje jednak jazzpop, z bardzo wysublimowaną, ale wszechobecną trąbką. Snuje się ona od początku i wtrąca swoje "trzy grosze" niemal w każdym utworze. Całość można wręcz nazwać smoothjazzowym popem.
Może nie jest to powalająca na kolana płyta, z wielkimi przebojami. Coś jednak do tego albumu przyciąga: czy to nonszalancki, ciekawy głos Bejera, czy ta trąbka, czy wreszcie nie inwazyjność całości - może wszystko naraz. Polecam.
Ocena 4
Wystawił: Marcin Bareła, Niebieska Godzina.
01.03.2011
Cut Copy - "Zonoscope"
Przedstawiam z przyjemnością, kto wie - być może nawet jedną z kandydatek do płyty roku. Dzieło kwartetu z Australii w składzie Dan Whitford, Tim Hoey, Mitchell Dean Scott, Ben Browning. To ich trzeci album, Zonoscope, który potwierdza status jednej z najbardziej konsekwentnych współczesnych grup.
Zonoscope ma ponad 60 minut i 11 piosenek, ale bez paniki - nie jest to progresywne, pulsujące techno, tylko bardzo inteligentny, ocierający się czasem o pop elektrodance. Na te 60 plus minut składa się ponad 15 minutowa suita Sun God, w której znajdziemy esencję całego albumu, czyli: dużo pozytywnego dance, trochę punku alternatywnego, szczyptę trance a wszystko łączy to, co najlepsze w synthpopie: syntezatory, bity, sample. Dużo tu takich wręcz metalicznych, około neworderowskich, lub depechemodowskich wstawek, które uzupełniają żywe instrumenty w proporcjach mniej więcej 50%, aczkolwiek czasem mamy do czynienia z "czystym" graniem - np. w Alisie, numerze ocierającym się o punkrock, z przewagą rocka. Dan oraz Tim, grający na gitarach używają ich - trzeba przyznać - całkiem zręcznie i jak trzeba potrafią przybrudzić, czystym instrumentarium. Tutaj przychodzi mi na myśl Yo La Tengo i ich gitarowe szaleństwa, chociaż Cut Copy daleko w tyle z łamaniem gryfu. Cut Copy potrafią także być "romantyczni i ciepli" w plastykowej dźwiękowo otoczce, czego dowodzi Hanging Onto Every Heartbeat. Z kolei Take Me Over niedaleko swoim brzmieniem do Kylie Minogue i jej sztandarowych przebojów z lat 80-tych. Zresztą Zonoscope to kolejny przykład sięgania po falę new-wave i synthpop, czyli głównie lata 80-te. Pharaos and Pyramids to znów przykład sięgania po współczesnych wykonawców electro, głównie Hot Chip. Cut Copy próbuje wręcz upodobnić się w utworze Blink, And You'LL Miss A Revolution, do stylu wokalizy Alexisa Taylora, a całość jest trochę ściągnięta z Ready For The Floor, ale kawałek i tak się broni. Momentami płycie blisko do techno, jednak nigdy nie ociera się o narkotyczne odurzenie, pozwalając słuchaczowi raczej rozluźnić się, aniżeli odurzyć.
Nie mam większych zastrzeżeń co do całości, żywe instrumenty słychać dobrze, dając do zrozumienia, że Cut Copy dałoby sobie radę bez syntezatorów nawet przed bardziej wymagającą publicznością. Australijczycy mają łatwość tworzenia dobrych, może nie przełomowych - ale na pewno wpadających w ucho melodii. Ich piosenek można słuchać, ale można się też przy nich bawić. Jest to pewien kompromis między brzmieniem stricte dance, synthpop, a elektroniczną alternatywą. Hot Chip mają naprawdę godnych konkurentów. Off Festival? Pasuje jak znalazł. Artur...
Ocena 4,5
Wystawił: Marcin Bareła, Niebieska Godzina.
01.03.2011
Iron and Wine - "Kiss Each Other Clean"
Rzadko się zdarza, że na jednej płycie artyści tworzą mały przegląd gatunku, także w kontekście rysu historycznego. Współczesne płyty albo odwołują się do jednej epoki, nierzadko jednego artysty, lub trendu obecnie panującego. Albo, choć zdarza się to coraz rzadziej - wyznaczają nowe ścieżki muzyczne. Nowa płyta Iron and Wine - Kiss Each Other Clean ścieżek nowych nie wyznacza, ale jest na niej zapis tego, co w folku najlepsze.
Gdyby płyta "Kiss Each Other Clean" miała formę książki - byłaby w niej spora dawka informacji o historii muzyki folk. Korzeniami Sam Beam sięga już we wczesne lata 60 - te amerykańskiego country-folk, gdzieś zawadzając o The Shadows, podążając ścieżkami Simona i Garfunkela, The Beatles, głównie Harrisona, kierując się dalej przez Neila Younga, po bardziej współczesnych, jak Damien Rice, Joanna Newsom, skończywszy na Fleet Foxes. Trudno tutaj posądzać Beama o nagminne korzystanie z któregokolwiek z nich, dlatego nazwałem płytę przeglądem muzyki country-folk. "Kiss Each Other Clean" to przede wszystkim piękne piosenki. Pełne spokoju, harmonii; mądre i oszczędne. Nie będzie niespodzianką fakt, że dominuje gitara akustyczna, leniwa, płynąca łagodnie jak harfa w "Godless Brother In Love" (przykład sięgania po Joannę Newsom), czasem bardziej żywa, w "Glad Man Singing" (gdzieś w środku słyszalne echa "The Bends" Radiohead).
Świetne uzupełnienie folkowej otoczki stanowią trąbki, saksofony oraz uzupełnienie w postaci nielicznych smyczków. Dają one płycie drugie oblicze - jazzowe, nawet momentami funkowe - "Big Burned Hand". Esencją funkowo-jazzowego odskoku płyty jest ostatni, 7 minutowy "Your Fake Name Is Good Enough For Me", przez niektórych obwołany piosenką roku jak dotychczas. Skrajne odejście od tego, co zwyczajnie Beam robi. Pierwsza połowa to wręcz jazzowe jungle, mieszanina saksofonów, trąbek i funkowych dodatków. Do tego soczysty bas, rewelacyjna perkusja, a po półtorej minuty dochodzi mocna gitara elektryczna. Kiedy całość rozkręca się z maksymalnym natężeniem składników wyżej podanych, po dwóch i pół minuty następuje moment rozluźnienia i pozostaje Beam, który powtarza Become, Become, zostaje gitara i perkusja. Przez prawie pięć minut Beam powtarza Become, a gitary i perkusja otacza nas z konsekwencją roju komarów. Efekt jest taki, że po 6 minutach nie mogę już tego słuchać. A szkoda, bo fantastyczną, pierwszą część można było przedłużyć chociaż do 4 minut... Innym odstępstwem od korzeni jest popowy "Walking Far From Home", nawiązanie do Wilco. Tak nietypowo zaczyna się płyta i tak nietypowo kończy. Może nieprzypadkowo.
Iron And Wine na pewno nie jest już tym stricte folkowym zespołem, jak to było kiedyś. Nie można nazwać "Kiss Each Other Clean" przełomem, bo jak powiedziałem, jest bardziej rysem historycznym. Co najbardziej pocieszające - na albumie są po prostu świetne, nienarzucające się piosenki, większość to kawałki prostsze, z kilkoma bardziej złożonymi. Wszystkie piosenki łączy życiowa mądrość zawarta w tekstach, pewna nostalgia oraz tęsknota. Świetnie wypadają chórki ("Tree By The River"). Bardzo ciekawie brzmią jamajskie i afrykańskie naleciałości, elementy dubu i reggae. Jeżeli do wszystkiego dodamy przystępną pod względem długości płytę - nie pozostaje mi nic innego, jak wystawić zasłużoną piątkę, cóż właśnie czynię.
Ocena 5
Wystawił: Marcin Bareła, Niebieska Godzina.
01.03.2011
The Decemberists - "The King is Dead"
Wygląda na to, że muzycy The Decemberists zaczynają zdobywać uznanie, na jakie od lat zasługują. „The King is Dead” – ich szósta w dyskografii płyta zadebiutowała właśnie na szczycie zestawienia „Top 200” amerykańskiego „Billboardu”. I pewnie na tym sukcesy się nie skończą bo pomimo, że tym razem Dekabryści zrezygnowali z konceptu na rzecz niezwykłej urody prostych, radosnych folkowych piosenek to wyszło im to tylko na dobre.
W przeciwieństwie bowiem do najambitniejszego projektu sprzed dwóch lat – świetnego skądinąd albumu „The Hazards of Love” (zamykającego w ramy konceptu romantyczną opowieść o przygodach pięknej Małgorzaty w tajemniczym lesie pełnym dziwacznych postaci) nie uświadczymy na najnowszym wydawnictwie Dekabrystów nawiązań do rocka progresywnego lat 70-tych. Tym razem obrali zupełnie inny kierunek. Za inspiracje posłużyła tradycja amerykańskiego folk–rocka (Neil Young, Paul Simon, Bob Dylan) oraz wczesne płyty R.E.M od debiutanckiej „Murmur” począwszy. W efekcie tych poszukiwań nagrali płytę o której można powiedzieć, że jest wielkim hołdem, jaki składają amerykańskiej kulturze z którą nie zawsze było im po drodze bo pomimo, że pochodzą z Oregonu to grali dotąd surowego folka przesiąkniętego głównie celtyckimi wpływami.
Tym czasem materiał zgromadzony na „The King is Dead” cechuje rzadko spotykana lekkość kompozycji. Dominują akustyki, skrzypki, akordeon, mandolina oraz niezwykłej urody harmonijka ustna, której pełno w utworach Colina Meloya – lidera The Decemberists. Urzekają melodie, które dość szybko zaskarbiają naszą uwagę. Pojawiają się również goście. Alt-countrowa pieśniarka Gillian Welch wspomaga wokalnie Meloya tworząc z nim harmonie wokalne w większości piosenek. Natomiast Peter Buck - gitarzysta R.E.M. zagrał w „Down by the Water” (kandydat na folkowy przebój roku) oraz w „Calamity Song”. Jego sprawką są również dźwięki wydobyte z mandoliny w otwierającym całość „Don’t Carry it All”.
Rozbudowane instrumentarium współgra z warstwą tekstową. Subtelnym dźwiękom ludowych instrumentów towarzyszą niebanalne teksty, w których Colin Meloy bawi się słowami. „Rox in the Box” oparł na regułach dziecięcej wyliczanki, a rozleniwiony „June Hymn” przypomina bardziej poezje niż folkową piosenkę. Afirmując szczęśliwe życie nie zapomniał jednak o upływającym czasie („How I lived a childhood in snow and all my teens in tow stuffed in strata of glow”, „When we die, we will die with our arms unbound”).
Słuchanie dziesięciu piosenek umieszczonych na „The King is Dead” jest ogromną przyjemnością i daje zastrzyk pozytywnej energii w środku zimy. Pokochała je już Ameryka co widać na podstawie wyników sprzedaży i kompletnie mnie to nie dziwi, bo trudno im się oprzeć. Szczególnie polecam na mroźne zimowe wieczory. Rozgrzanie ciała i ducha gwarantowane.
Ocena 4
Wystawił: Sławomir Kruk, Niebieska Godzina.
21.01.2011
Anna Calvi - "Anna Calvi"
Rewelacyjny debiut. Nominowana przez dziennikarzy radia BBC do prestiżowego wyróżnienia "BBC Sound of 2011" młoda Angielka o włoskich korzeniach (ze strony ojca) nagrała przepiękny album łączący w sobie zadziorność PJ Harvey z niepokojem Nicka Cave’a. Intrygująca barwa głosu Anny Calvi urzeka do tego stopnia, że nawet Brian Eno nie był w stanie się jej oprzeć i zarekomendował ją wytwórni Domino, aby ta niezwłocznie podpisała z nią kontrakt płytowy. Dostrzegł Annę również Nick Cave zapraszając jesienią ubiegłego roku jako support na wspólną trasę z Grindermanem.
Doświadczenie nabyte w jej trakcie zaprocentowało dość szybko, bo nagrywany w całkowitej izolacji i w piwnicznych warunkach debiut przynosi dziesięć świetnie zaaranżowanych i kipiących od wyrazistych emocji utworów, których teksty dotyczą głównie mrocznych aspektów miłości, pożądania („I could be your lover at night, these words is true and we wait forever for a night”) i ludzkich namiętności („A perfect kiss just to remind what between us”). Nieprzypadkowo na okładce płyty umieszczono zmysłowe usta wokalistki, gdyż jej muzyka co sama podkreśla w wywiadach przesycona jest seksualnością i opowiada o miłości tak silnej, że z jej powodu można zabić.
Stąd otwierający album instrumentalny „Riders to the Sea” przywołuje swoim klimatem „Od zmierzchu do świtu” Roberta Rodriqueza wprowadzając nas w świat mrocznych fantazji i skrywanych namiętności. Kolejne utwory to już popis możliwości wokalnych Anny Calvi. Bez większych trudności radzi sobie z dość rozbudowanymi kompozycjami opartymi na kontrapunktach ciszej - głośniej i ze swego głosu potrafi wydobyć zarówno szept, jak i namiętny żar w obrębie jednej piosenki, czego najlepszym przykładem jest utwór „I’ll Be Your Man”. Natomiast wysoki głos wokalistki w „The Devil” bliski jest muzyce klasycznej i operowemu śpiewowi. Pod względem muzycznym wszystkie kompozycje oparto na gitarze hiszpańskiej (gitara flamenco) oraz instrumentach perkusyjnych. Zarówno na płycie, jak i w trakcie występów na żywo Annę wspomagają Mally Harpez (wokalistka określa ją swoją "bliźniaczką" pod względem odbierania muzyki) oraz Daniel Maiden – Wood. Ich udział w osiągnięciu tak głębokiego, gotyckiego brzmienia był z pewnością spory.
Debiutancki album Anny Calvi jest dla mnie jak na razie największą niespodzianką początku 2011r. Od czasu pojawienia się Florance Welch i jej projektu Florance and the Machine na brytyjskim rynku nie było tak wyrazistego głosu wśród debiutujących młodych wokalistek. Przyjemność słuchania ogromna, a jej niezła gra na gitarze hiszpańskiej w połączeniu z hipnotyzującą barwą głosu to przepis na sukces. O tych dziesięciu piosenkach poszukujących światła w ciemności jest już głośno na świecie. Mam nadzieję, że odbiór tej płyty w Polsce nie będzie wcale gorszy...
Ocena 4
Wystawił: Sławomir Kruk, Niebieska Godzina.
15.01.2011
Gorillaz - "The Fall"
Zachwyciła mnie ubiegłoroczna płyta Gorillaz, "Plastic Beach". Tymczasem niespodziewanie po dziewięciu miesiącach otrzymujemy nowe wydawnictwo zespołu z premierowym materiałem. Płytę zatytułowaną "The Fall" (od jesieni) posłuchać można od 25 grudnia za darmo na witrynie Gorillaz.com. Rozgłos mają zapewniony, bo to pierwszy w historii album skomponowany w oparciu o aplikacje iPada.
Materiał umieszczony na „The Fall” zarejestrowano na przełomie października i listopada 2010r. w trakcie długiego tournee Gorillaz po Stanach Zjednoczonych. Można go zatem określić mianem dziennika z podróży po USA, co sugerowałyby zresztą same piosenki nawiązujące swoimi tytułami do miejsc, w których były nagrywane („Amarillo”, „Detroit”). Pod względem muzycznym to zdecydowanie najbardziej niejednoznaczna płyta w dorobku grupy. Okrojona do minimum liczba gości, uproszczone i stonowane podkłady oraz minimalistyczna produkcja przełożyły się na wyciszoną, nastrojową całość o mocno ambientowym charakterze.
Większość utworów przypomina szkice, ledwie zarysowane wprawki do właściwych nagrań i często urywa się w momentach, w których spodziewalibyśmy się ich dalszego rozwinięcia, co jest najbardziej słyszalne choćby w „The Parish of Space Dust” oraz „The Snake in Dallas”. To niedopracowanie zapewne nie jest kwestią przypadku i prawdopodobnie miało oddać nastrój uzyskany w chwili nagrywania poszczególnych utworów. Niestety większości z nich brakuje przebojowych melodii, co dotychczas było znakiem firmowym Damona Albarna. W pamięci pozostają głównie piękne ballady. W klasycznie soulowej „Bobby in Phoenix” gościnnie pojawia się Bobby Womack, którego obecność na „Plastic Beach” część mediów słusznie okrzyknęła powrotem roku. Tutaj po raz kolejny daje popis swoich możliwości wokalnych. Ładne są także „Revolving Doors”, gdzie Damon Albarn deklaruje swoje przywiązanie do twórczości The Beatles oraz „Amarillo” z kojącym tekstem „The Sun has come to save me put a little love into my... lonely soul”. Bardziej przebojowe oblicze znajdziemy w „HillBilly Man” (mój prywatny faworyt), gdzie balladowy charakter kompozycji zaburza wejście podkręconego beatu. Ta kompozycja spokojnie mogłaby się znaleźć na „Plastic Beach” podobnie, jak niepokojący „The Joplin Spider” (daleki krewniak „Glitter Freeze”).
Jednakże jako całość „The Fall” nie zachwyca. Zbyt wiele kompozycji jest bez wyrazu i razi swą jednostajnością („Shy-Town”, ”Detroit”, ”Little Pink Plastic Bags”, „The Speak it Mountains”). Brakuje ponadto wpadających w ucho melodii. Sam się złapałem na tym, że potrzebowałem paru przesłuchań, aby zapamiętać kilka godnych uwagi utworów, bo nie jest to łatwa w odbiorze płyta. Potrzeba na początku dużej dawki cierpliwości. Potem przyjemność ze słuchania jest już znacznie większa, tylko kto będzie miał tyle samozaparcia...
Ocena 3
Wystawił: Sławomir Kruk, Niebieska Godzina.
13.01.2011
L.Stadt - "EL.P"
"This record should be played louder" – taką wskazówkę znajdziemy wewnątrz opakowania długo wyczekiwanego albumu nr 2 w dyskografii łódzkiego kwartetu L.Stadt. Wskazówkę jak najbardziej trafną, bo niespełna półgodzinny materiał zawarty na „EL.P" w pełni oddaje energię koncertową z jakiej słynie Łukasz Lach wraz z kolegami z zespołu i pod względem brzmienia jest to zdecydowanie lepsza płyta od wygładzonego debiutu sprzed dwóch lat.
Jest krótko, ale treściwie. Dziewięć premierowych piosenek nie pozwala na chwilę nudy oraz pokazuje łódzką grupę jako pełną energii, wigoru i rock & rolla. Muzyka L.Stadt natomiast nie przynosi żadnej rewolucji stylistycznej i nadal pozostaje trudna do zaszufladkowania, co w czasach, gdzie hasła „kopiuj" i „przetwarzaj" są nadrzędne jest nie lada wyczynem. Oczywiście najbliżej jest im do tradycji amerykańskiej, choćby poprzez wpływy country i bluesa, ale akurat Amerykanie postrzegają ich bardziej jako brytyjską kapelę, o czym wspominał mi podczas majowego wywiadu Łukasz Lach. Jego zdaniem L.Stadt jest przede wszystkim "kosmopolitycznym" zespołem do czego zobowiązują ich łódzkie korzenie. Jest w tym stwierdzeniu sporo racji skoro zainspirowany bezpośrednim spotkaniem z muzykiem kameruńskim utwór "Fashion Freak" został wybrany na hymn festiwalu mody w Barcelonie.
Dotychczasową wizytówką L.Stadt były krótkie i zwarte piosenki rzadko przekraczające dwie i pół minuty i tych na "EL.P" jest najwięcej. Większość z nich opiera się na szorstkim, chropawym brzmieniu gitary elektrycznej. W singlowej piosence "Mumms Attack", do której aktualnie powstaje teledysk w Wiedniu słychać nerwową, trochę szaleńczą grę na pianinie oraz chór dziecięcy Ogólnokształcącej Szkoły Muzycznej im. Stanisława Moniuszki z Łodzi. Całkiem sporo jak na zaledwie dwuminutową kompozycję. A takich smaczków na "EL.P" znajdziemy zdecydowanie więcej. Zresztą trudno się dziwić, skoro za zmiksowanie materiału odpowiedzialny był Mikael Count prducent m.in. Radiohead i New Order, który sprawił, że studyjne wersje "Ciggies", "Charmin / Lola" czy "Death of a Surfer Girl" nie tracą nic ze swojego koncertowego pazura.
Dynamiczne fragmenty najnowszego wydawnictwa chłopaków z L.Stadt uzupełniają dwie ballady "Puppet’s Song no. 1" oraz "Sun". Ta ostatnia wyróżnia się nietypowym dla nich instrumentarium opartym zaledwie na gitarze akustycznej oraz przetworzonych efektach odgłosów przyrody. Warto na nią wrócić uwagę także ze względu na urozmaicony wokal Łukasza Lacha, który świetnie sobie poradził zarówno w niższych jak i wyższych rejestrach. "Sun" stanowi jednak tylko przedsmak dla najdłuższego w zestawie ponad czterominutowego utworu "Jeff", który zamyka album potężną dawką improwizowanej psychodelii dając do zrozumienia, że taką energię można uzyskać tylko za sprawą odpowiedniego zgrania całego zespołu.
Na drugi album Łodzian czekałem dość długo i pomimo niedosytu związanego z jego długością jestem usatysfakcjonowany. Największym jego atutem jest to, że przypomina jak zespół brzmi na żywo, co nie było tak oczywiste słuchając ich debiutanckiego krążka. Przypuszczam, że na nowe piosenki nie będziemy czekać zbyt długo, bo chłopaki z L.Stadt na bieżąco ogrywają je w trakcie koncertów, stąd materiał zawarty na "EL.P" stanowi wypadkową najciekawszych kompozycji zebranych od czasu wydania obiecującego debiutu. Tą płytą poprzeczkę zawiesili znacznie wyżej.
Ocena 4
Wystawił: Sławomir Kruk, Niebieska Godzina.
12.12.2010
Warpaint - "The Fool"
Słuchając po raz kolejny debiutanckiego albumu grupy Warpaint nie mogę się nadziwić, jak w tak słonecznym miejscu, jakim jest Kalifornia mogła powstać, tak mroczna i chwytająca za serce muzyka. I nie przypadkowo o tym wspominam, gdyż olbrzymia siła wyrazu jaką znajdziemy na „The Fool” porusza do głębi, a uzyskano ją przy minimalnych środkach i za sprawą klasycznego instrumentarium złożonego z gitar, basu oraz perkusji.
Zaskoczenie tym większe, bowiem za szyldem Warpaint ukrywają się cztery utalentowane, piękne kobiety z Los Angeles, które materiał na swój debiutancki krążek szykowały od blisko sześciu lat wydając po drodze epkę „Exquisite Corpse” (2009r.) z paroma premierowymi piosenkami. Nad jej produkcją czuwał John Frusciante - ówczesny chłopak wokalistki Warpaint Emily Kokal. Dodatkowo przez skład zespołu przewinął się także aktualny gitarzysta Red Hot Chili Peppers Josh Klinghoffer. Towarzystwo trzeba przyznać, jak na początek wyśmienite.
Jednakże Warpaint zdecydowanie bliżej do ubiegłorocznego debiutanta The XX, niż do zaprzyjaźnionych muzyków z Red Hot Chili Peppers. Wszystko za sprawą różnych odcieni melancholii, jakie znajdziemy na „The Fool”. Posępna muzyka przywołująca swoim klimatem najlepsze osiągnięcia takich zespołów, jak: The Cure, The Smiths, Joy Division czy Jesus & Mary Chain działa hipnotyzująco, pomimo wyraźnie słyszalnych zapożyczeń. W nieśpiesznych i dość długich utworach liczy się przede wszystkim autentyczność i szczerość przekazu, a tego nie można im odmówić. Słuchając Emily Kokal śpiewającej słowa „Don’t you call anybody else baby, couse I’m your baby still. You took a long time to make it, but I’ve never changed my mind” czuje się zresztą, że są one autentyczne i wyszły z głębi jej serca.
„The Fool” jest bardzo intymną płytą rozpisaną na trzy głosy, gdyż poza Emily wokalnie udzielają się także Theresa Wayman oraz Jenny Lee Lindberg. Głos Theresy świetnie wypada zwłaszcza w przytulańcu „Majesty”, gdzie pierwsze partie gitary kojarzą mi się ze słynnym podkładem do serialu „Miasteczko Twin Peaks”. Wokale dziewczyn z Warpaint są o tyle istotne, że w związku z bardzo ograniczonym instrumentarium stanowią, tak naprawdę wiodący element tej muzycznej układanki i spajają ją w całość. Warto również zwrócić uwagę na przewijające się w tle rozdygotane gitary (m.in. w „Bees”) oraz na użycie pianina w wieńczącym album utworze „Lissie’s Heart Marmur”. Swoją drogą ten numer można by uznać za kwintesencje dotychczasowego stylu zespołu. Posępny aż do bólu z ładną linią melodyczną i z przejmującym tekstem. Wciąga, zachwyca i pochłania bez reszty. Debiut na najwyższym poziomie jakości. Już nie mogę doczekać się, co dziewczyny z Warpaint wymyślą na swojej płycie numer dwa.
Ocena 4,5
Wystawił: Sławomir Kruk, Niebieska Godzina.
12.12.2010
Badly Drawn Boy - "It’s What I’m Thinking Part One: Photographing Snowflakes"
“Are you ready to be in love again?” pyta na swym siódmym studyjnym albumie Badly Drawn Boy. Pytanie to wbrew pozorom jest jak najbardziej zasadne, gdyż silna niegdyś pozycja Damona Gougha potwierdzona m.in. otrzymaniem Mercury Prize za album „The Hour of Bewilderbeast” uległa w ostatnim czasie sporemu nadszarpnięciu.
Na szczęście płyta o długim tytule „It’s What I’m Thinking Part One: Photographing Snowflakes” zapowiadana jako pierwsza część trylogii przywraca wiarę w zdolności kompozytorskie „Źle Narysowanego Chłopca”. Intrygującą kwestią jest już pochodzenie samego tytułu stanowiącego wynik dyskusji, w jaką wdał się muzyk podczas pewnego rautu. W trakcie rozmowy ze znajomymi dotyczącej przykładu „najcięższej” pracy odparł, iż mógłby uznać za nią fotografowanie płatków śniegu, gdyż ich uchwycenie jest po prostu niemożliwe. Podobnie jest z muzyką oraz przekazem słownym najnowszego wydawnictwa Badly Drawn Boya. Próbuje on uchwycić na „It’s What I’m Thinking Part One: Photographing Snowflakes” coś ulotnego, zatrzymać na dłużej momenty przechowywane w swojej pamięci od dawien dawna. Większość nowych piosenek utrzymana jest w bardzo osobistym tonie, a jedna z nich przeleżała w jego domowym archiwum prawie dwadzieścia lat („This Electric”) czekając na odpowiedni moment do rejestracji.
Dodatkowo zaaranżowano je w znacznej większości na orkiestrę i przypominają swą formą ścieżkę dźwiękową do pewnego tajemniczego i „nierealnego” filmu, którego bohaterem mógłby być sam Damon Gough. Poddając analizie jego teksty można zauważyć, że na nowym albumie Damon wyraźnie chce zerwać z postrzeganiem siebie jako „wiecznego chłopca” co sugerować mogłyby fragmenty konkretnych tekstów: „Throw me to the lions, make me a man” („The Order of Things”), czy „All I ask is you treat me like a man” („You Lied”). Muzycznie trudno mi wskazać faworyta spośród dziesięciu nowych kompozycji, gdyż w porównaniu z jego poprzednimi dwoma albumami („Born in the UK” oraz „Is there nothing We could do?”) ten zawiera praktycznie same udane piosenki utrzymane w charakterystycznym dla niego stylu. Królują, więc powolne kompozycje z trochę „płaczliwym” wokalem Damona Gougha, gdzie liczy się przede wszystkim zanurzenie w specyficznym klimacie, bowiem artyście nigdzie się nie śpieszy, a siła jego spokoju działa na słuchaczy relaksacyjnie.
Jednakże, gdybym miał wybrać swojego faworyta to pewnie zdecydowałbym się na przepiękną kompozycję „I Saw You Walk Away” zarejestrowaną z orkiestrowym przepychem, a zwieńczoną nagle urywającą się partią klawiszy. Tekstowo Damon Gough odnosi się w niej do upływającego czasu („Time that you waste turns into memories and fade away”), który dla utraconej miłości jest bezlitosny zostawiając w pamięci tylko rozmyte wspomnienia. Jeden z magicznych momentów na płycie podkreślającej, że przyszłość jest wyłącznie w naszych rękach („just then you realize your future is all in your hands”). Warto poddać się tym dźwiękom. Emocje gwarantowane.
Ocena 4
Wystawił: Sławomir Kruk, Niebieska Godzina.
01.12.2010
Ms. No One - "The Leaving Room"
Rzadko na polskiej scenie zdarzają się tak wyjątkowe i niecodzienne zjawiska jak Ms. No One. Wyjątkowe z tego względu, że wbrew wszelkiej logice podążają tylko w sobie znanym kierunku. Niecodzienne, bowiem o muzyce tej tysko – krakowskiej grupy można napisać dosłownie wszystko, ale z pewnością nie to, że przynosi zastrzyk pozytywnej energii i da się przy niej wyszaleć.
Debiutancki krążek Ms. No One „The Leaving Room” jest bowiem płytą zupełnie innego kalibru, w którą trzeba się uważnie wsłuchać, aby odkryć zawarte w niej piękno. Ładnie smutne piosenki z dużą ilością przewijających się dzwonków budzić mogą bezpośrednie skojarzenia z Islandią, a neurotyczny, trochę nierzeczywisty klimat nasycony odpowiednią głębią i mrokiem sugeruje, że tak mógłby brzmieć np. Portishead, gdyby jego muzycy urodzili i wychowali się w Polsce. Zresztą echa kultowej bristolskiej grupy pobrzmiewają w mocno elektronicznym zwieńczeniu piosenki „Wwa”.
Autorką wszystkich piosenek zawartych na „The Leaving Room” zarówno pod względem muzyki, jak i słów jest Joanna Piwowar. To ona założyła Ms. No One w lipcu 2008r. i na pierwsze poważne sukcesy nie musiała zbyt długo czekać. Za wykonanie piosenki „Colder” podczas Vena Music Festival otrzymują nagrodę publiczności. Rok później wygrywają festiwal GRAMY w Szczecinie oraz wsławiają się zagraniem pełnowymiarowego koncertu w radiowym studiu im. Agnieszki Osieckiej nie mając na koncie nawet debiutanckiej płyty.
Jednakże te wszystkie nagrody nie są kwestią przypadku, co potwierdza album „The Leaving Room” stanowiąc pewną spójną opowieść zarówno pod względem muzycznym, jak i tekstowym. Muzycznie islandzka bajkowość przemieszana została z intensywną głębią bristolskiego trip-hopu, nad którą unosi się łagodny śpiew Joasi Piwowar. Gdzieniegdzie co prawda pojawiają się mocniejsze partie gitar, jak w „Back Shelf Girl” czy w „Not This Time”, ale nie ma to jednak większego znaczenia dla odbioru całości.
Specyficzny klimat podtrzymują oniryczne teksty Joanny Piwowar śpiewane zarówno w języku polskim, jak i w angielskim. Akcent między nimi rozłożono mniej więcej po połowie, choć znajdziemy na płycie także i jeden utwór, gdzie wokalizy angielsko – polskie występują razem wzajemnie się uzupełniając. W piosence „Ik” polskie słowa „Moje niebo już dojrzewa nad tobą ciemne” zapętlone zostały z anglojęzycznymi zwrotami typu: „I forget how to swim so I”m drown”. Generalnie w tekstach dominuje smutek („Patrzę na niebo w kałużach”, „Synchronizuję się z deszczem”, „Zapodziałam siebie gdzieś we mgle”, „Cry is only way to change my mind”) oraz tematyka snu („Sometimes I just wanna sleep”, „Budzisz się w cudzym śnie, chociaż wcale nie zasypiasz”). Zaskakujące w tym wszystkim jest to, że pomimo tej dwujęzyczności cała płyta brzmi bardzo spójnie, co jest niewątpliwą zasługą producenta Sławomira Bardadyna.
Na szczególną uwagę zasługuje również oprawa graficzna idealnie komponująca się z zawartością muzyczną płyty. Po rozłożeniu okładki naszym oczom ukazuje się zdjęcie broczącej w śniegu liderki zespołu, co w kontekście słów zamykających ostatnią albumową piosenkę „Grudzień” („Chciałabym zatrzymać tą zimę dla Ciebie”) budzi zrozumiałe skojarzenia. Obiecujący debiut i zarazem powiew świeżości na naszym mocno skostniałym rynku muzycznym.
Ocena 4
Wystawił: Sławomir Kruk, Niebieska Godzina.
16.11.2010
Kings of Leon - "Come Around Sundown"
Wiele gorzkich słów padło w ostatnim czasie pod adresem nowego wydawnictwa Kings of Leon “Come Around Sundown” bijącego rekordy sprzedaży na całym świecie. Chłodnie przyjęto go zwłaszcza w prasie europejskiej (np. NME 5/10), gdzie dotychczas mieli status niekwestionowanej gwiazdy. W Polsce również trudno odnaleźć w gąszczu negatywnych opinii (wyróżnia się wśród nich zdecydowanie ta opublikowana w listopadowym numerze Hiro z oceną 1/10) słowa uznania. Można powiedzieć, że modna stała się wśród dziennikarzy licytacja, kto kogo przebije i znajdzie więcej mankamentów i zada bardziej wyszukane uszczypliwości w ocenie zawartości nowego materiału chłopaków z Tennessee.
W moim odczuciu większość tych negatywnych opinii jest mocno przesadzona. Co prawda nie udało się Kings of Leon przebić swojej najlepszej płyty, którą w moim mniemaniu nadal pozostaje „Because of the Times” z 2007r., ale i tak znajdziemy na „Come Around Sundown” wspaniałe momenty. Jednakże, aby móc się nimi w pełni delektować trzeba poświęcić znacznie więcej uwagi niż dotychczas, gdyż większość gitar ukryto pod wypolerowaną produkcją, a za sprawą obróbki studyjnej nowe piosenki Kings of Leon nabrały bardziej przestrzennego brzmienia kojarzącego się niewątpliwie z ostatnimi dokonaniami U2. Zadziornych gitar jest tu wprawdzie niewiele, ale jak już się pojawiają np. w „Mary” (swoją drogą ładna solówka pod koniec numeru) to są na tyle charakterystyczne, że trudno je pomylić z innym zespołem.
W nowej muzyce Kings of Leon zauważyć można także silny powrót do korzeni, który słyszalny jest choćby w singlowym „Radioactive” (ze znaczącymi słowami: „It's in the water, It's in the story of where you came from”). W „Back Down South” składają natomiast hołd amerykańskiej prowincji, gdzie pobrzmiewają skrzypki w tle oraz unosi się radość ze wspólnego śpiewania. W końcówce tego utworu zastosowano ponadto typowe dla muzyki gospel rozwiązania wokalne. Gdzieniegdzie słychać także bluesowe i alt - countrowe naleciałości.
Jednakże najbardziej zaskakującymi fragmentami „Come Around Sundown” pozostają takie utwory jak „Beach Side” czy „Pony Up”, gdzie największy nacisk położono na zbudowanie odpowiedniego rytmu. Pędzącego nie jak dotychczas z mocą rockowej petardy i przywołującego najlepsze lata nurtu „new rock revolution”, ale nastawionego na zupełnie odmienne horyzonty muzyczne. Ponoć muzycy Kings of Leon przed rejestracją nowych nagrań słuchali sporo surferskiej muzyki (m.in. The Drums, Surfer Blood) i to daje się odczuć w ciepłym, pulsującym brzmieniu i plażowym charakterze niektórych piosenek z „Beach Side” na czele.
Materiał zawarty na „Come Around Sundown” stanowi nowe otwarcie w twórczości Kings of Leon i za to należą im się ogromne brawa. Mogli w końcu nagrać całą płytę złożoną z takich utworów, jak „Sex on Fire” oraz „Use Somebody” i większość ludzi byłaby zachwycona. Wybrali jednak znacznie trudniejszą drogę nagrywając zupełnie świeży i niejednoznaczny w ocenie materiał, który jak przypuszczam zupełnie inaczej będzie się odbierało za parę lat, gdy medialna wrzawa ucichnie. W moim odczuciu jest to dobra płyta, zawierająca wiele świeżych pomysłów i ekscytujących momentów, może nadmiernie pozbawiona rockowego pazura kosztem produkcji, ale jestem święcie przekonany, że ta zachwiana proporcja ulegnie diametralnej poprawie podczas występów na żywo. Mam nadzieję, że zobaczymy ich również w Polsce.
Ocena 4
Wystawił: Sławomir Kruk, Niebieska Godzina.
10.11.2010
Belle & Sebastian - "Write About Love"
Szkocka grupa Belle & Sebastian dowodzona przez Stuarta Murdocha, pomimo że w pewnych kręgach otaczana jest niemal kultem, to do tej pory nie zdołała odnieść wymiernego sukcesu komercyjnego. To się zapewne nie zmieni i tym razem po wydaniu „Write About Love” – ich ósmej studyjnej płyty, choć chciałbym się mylić, gdyż materiał z nowego albumu Belle & Sebastian przynosi znakomitą porcje eleganckiego retro popu.
„Write About Love” ukazuje się cztery lata po wydaniu „The Life Pursuit” i jest konsekwentną kontynuacją tamtego albumu. Zespół nie zrezygnował ze wsparcia producenckiego Tony’ego Hoffera. W efekcie czego podczas sesji nagraniowych w Los Angeles (California, USA) udało się uzyskać niezwykle ciepłe brzmienie poszczególnych instrumentów, co słychać wyraźnie w subtelnym klimacie całej płyty.
Potencjalnych następców „Funny Little Frog”, „Like Dylan in the Movies” czy „I’m a Cuckoo” znajdziemy tutaj co najmniej kilka. Zjawiskowy jest zwłaszcza numer tytułowy zaśpiewany przez Stuarta Murdocha w duecie z popularną aktorką Carey Mulligan (na ekranach polskich kin można ją było ostatnio zobaczyć w „Była sobie dziewczyna”). Bardzo chwytliwa melodia i do tego jeden z najbardziej nośnych refrenów, jakie dane było mi słyszeć w ostatnim czasie. Jednakże utworów skomponowanych na dwa („Little Lou, Ugly Jack, Prophet John”) bądź trzy głosy („I Want the World to Stop”) jest tu znacznie więcej. Skrzypaczka Sarah Martin i gitarzysta Stevie Jackson nie tylko wspomagają wokalnie Stuarta Murdocha tworząc typowe dla Belle & Sebastian harmonie wokalne, ale w paru kompozycjach („I Didn’t See It Coming”, „I Can See Your Future”, „I’m Not Living in the Real World”) ich głosy zdecydowanie wychodzą na pierwszy plan. Gościnnie jeden z utworów uświetniła ponadto Norah Jones co jest na tyle istotne, że przepiękna ballada „Little Lou, Ugly Jack, Prophet John” równie dobrze mogłaby się znaleźć na którejś z jej solowych płyt. Co zresztą już nastąpiło za sprawą wydanego 2 listopada albumu „...Featuring Norah Jones”, gdzie zebrano liczne kolaboracje Nory z innymi artystami.
Korzenie Belle & Sebastian nadal są mocno osadzone w tkliwym popie lat 60-tych, gdzie słodycz bijąca z muzyki była wszechobecna. To nie jest oczywiście żaden zarzut, bo muzycy tej szkockiej kapeli od początku swojej działalności czerpali z tradycji nie po to, aby ją bezczelnie kopiować, lecz by tworzyć coś własnego i tą trudną sztukę opanowali prawie do perfekcji. Śmiem nawet zaryzykować stwierdzenie, że „Write About Love” jest ich najlepszą płytą od czasu „If You’re Feeling Sinister” z 1996r. Obie łączy podobny klimat, ciepłe brzmienie wydobyte z poszczególnych instrumentów oraz wysublimowana produkcja. Na jesienną pluchę jak znalazł.
Ocena 4
Wystawił: Sławomir Kruk, Niebieska Godzina.
05.11.2010
Clinic - "Bubblegum"
Wchodząc do studia nagraniowego muzycy liverpoolskiej grupy Clinic deklarowali – dostaniecie zupełnie świeży materiał, nie brzmiący jak typowy Clinic - po czym zabrali się do pracy i przy producenckim udziale Johna Congletona (m.in. Modest Mouse, St. Vincent, George Dorn Screams) zarejestrowali materiał na szósty w swojej dyskografii album, którego efekt końcowy może budzić zrozumiałą konsternację wśród zagorzałych sympatyków zespołu.
„Bubblegum” jest bowiem najbardziej różnorodną i zarazem najbardziej „popową” płytą w dorobku Clinic. Ciężkich przybrudzonych gitar podbitych brzmieniem analogowych instrumentów klawiszowych nie doświadczymy tu zbyt wiele. Całość nowego materiału nie stanowi także jednej spójnej opowieści utrzymanej w zbliżonym klimacie, co charakteryzowało ich dotychczasowe płyty (najbardziej widoczne na albumach „Walking With Thee” oraz „Winchester Cathedral”). Nigdy też tak daleko, jak na „Bubblegum” nie odeszli od swoich post - punkowych korzeni (choć na poprzednim albumie „Do it!” z 2008r. można było usłyszeć niewielkie wpływy jazzu) na rzecz akustycznych brzmień.
Najbardziej zaskoczyło mnie jednak wykorzystanie pulsującej gitary niczym z reggae w przyjemnie snującej się balladzie „Baby”, jak i elementów typowych dla muzyki filmowej w melorecytowanym przez wokalistę Clinic - Ade Blackburna utworze „Radiostory”. Ślady filmowej impresji znajdziemy ponadto w instrumentalnej miniaturze „Un Astronauta En Cielo”, której pierwsze uderzenia gitary przywołują dalekie echa The Decemberists oraz w „Freemason Waltz”, gdzie z kolei słychać wpływy Tindersticks.
Jednakże najlepiej na nowym wydawnictwie Clinic wypadają utwory utrzymane w ich dawnym stylu („Lion Tamer”, „Evelyn”, „Orangutan”). Wśród których moim zdecydowanym faworytem jest kipiący energią oraz mocno dający po uszach za sprawą intensywnie wyeksponowanej partii syntezatorów „Lion Tamer”. Niestety zdarzają się na tej płycie także nic nie wznoszące wypełniacze (w szczególności wymieniłbym tu: „Linda” oraz „Another Way of Giving”), które zaniżają ogólną ocenę jej zawartości.
Sięgnąłem po „Bubblegum” głównie ze względu na młodzieńczy sentyment, jakim darzyłem muzyków tego brytyjskiego kwartetu. Chociaż po raz kolejny nie nagrali materiału na miarę swoich pierwszych trzech albumów (począwszy od „Internal Wrangler”, aż po „Winchester Cathedral”) muszę ich pochwalić za próbę ratowania nadwerężonej pozycji. Lepiej już posłuchać nowego bardziej „wyciszonego” oblicza zespołu, niż kolejnej takiej samej płyty z oklepaną, aż do znudzenia zawartością, czego świadkami byliśmy w ostatnich latach działalności post - punkowców z Clinic.
Ocena 3,5
Wystawił: Sławomir Kruk, Niebieska Godzina.
05.11.2010
CEO - "White Magic"
Jeśli myślicie, że to koniec Erica Berglunda i jego macierzystego projektu, The Tough Alliance, to możecie wyluzować, bowiem TTA absolutnie się nie rozpadł. Berglund i Furst zrobili sobie po prostu przerwę, a bardziej ten pierwszy sobie zrobił, na rzecz wyładowania własnej, dość nieskrępowanej kreatywności, czego efektem jest omawiana właśnie płyta projektu CEO - White Magic.
Jeżeli pierwsze przesłuchanie tej króciutkiej płyty może nieco zaskakiwać, tak każde kolejne przypomina mi, że niedaleko pada jabłuszko od drzewka i pan Berglund zasadniczo nie poszedł w jakąś skrajną muzyczną stronę. Zasadniczo mogłaby to być kolejna płyta The Tough Alliance, chociaż pierwsze nutki płyty, które przynosi All Around, kierują nas w stronę barokowych Grizzly Bear, aniżeli bardziej psychodelicznych Animal Collective. Mamy więc skrzypce, wiolonczelę i czego jeszcze sobie spragniona klasyki dusza zapragnie. Powoli jednak środek ciężkości przechodzi na taneczną psychodelię, wraz z drugim kawałkiem Illuminata i tak już pozostanie, z małymi przerwami do końca albumu. Słychać to zwłaszcza w White Magic, podzielonym na dwie sekcje, przestrzennym utworze na wzór klasycznego Brother Sport, Animal Collective. Zwraca uwagę, na pewno nieco luźniejsza forma całości; elektroniczne bity i taneczne sample, obecne na płytach TTA zamieniono gdzieniegdzie na smyczki, prawdziwe gitary i perkusjonalia. To na pewno plus całości. Kolejną zaletą jest fakt, że płyta trwa niewiele ponad 30 minut, co nie pozwala specjalnie znudzić się podczas przesłuchiwania zawartości.
Nie wzięło mnie to od początku i na 100 procent. Wzięło mnie jednak na tyle, żeby z czystym sumieniem polecić album szwedów z CEO, White Magic. Głowa nie powinna boleć, a potańczyć od czasu do czasu też będzie można.
Ocena 4
Wystawił: Marcin Bareła, Niebieska Godzina.
05.11.2010
Arcade Fire - "The Suburbs"
Od pamiętnego Funeral minęło już, albo dopiero 6 lat, a ja czuję, jakby to było epokę temu. Tamta ściana dźwięków i głosów, jaką zafundowała nam kanadyjska multigrupa, wprawiła w osłupienie nawet najbardziej zagorzałych przeciwników alternatywy. Dziś, po przesłuchaniu zawartości ich nowego dzieła, The Suburbs, myślę że jest to obecnie zupełnie inny zespół.
Piosenki powstawały w domu Win’a Butlera i jego żony, Régine Chassagne w Montrealu, i tam też dokonywano nagrań, chociaż część procesu przerzucono na studio zespołu w Quebec i Nowym Yorku. The Suburbs to podróż w przeszłość, bowiem opiera się na przeżyciach braci Butler na przedmieściach Houston, gdzie rodzeństwo dorastało. Butler wspominał także, o brzmieniu albumu, które miało odzwierciedlać jego młodzieńcze fascynacje pokroju Depeche Mode.
Arcade Fire za sprawą The Suburbs wyzbyło się przede wszystkim barokowego przepychu obecnego, zwłaszcza na kultowym debiucie. Smyczki jakkolwiek przetrwały, jednak są instrumentem towarzyszącym, a nie dominującym, jak to bywało wcześniej. Nie ma tutaj znaku firmowego AF – potężnych chórów i chórków, jakkolwiek album powstawał w domu z towarzyszeniem gitary, zespół po prostu postanowił z nich zrezygnować i słusznie, bowiem być może zepsułyby delikatny nastrój otaczający całość. Zwyczajowo dla Kanadyjczyków, mamy równy i długi album, co niekoniecznie jest plusem, bo łatwiej o gorsze piosenki a każdej przesłuchanej płycie powinien towarzyszyć niedosyt. Nie ma o tym tutaj mowy, po otrzymaniu aż 16 kompozycji w ciągu grubo ponad godziny. Ale do tego wszakże jesteśmy już przyzwyczajeni. Wyróżniają się singlowe The Suburbs, trochę queen’owskie Rococo, rozmarzone City With No Children mocny, prawie garażowy Month Of May czy przebojowy We Used To Wait, ale także liczne delikatne ballady, przykładowo Wasted Hours .Wszystkiego słucha się dobrze, jednak jak wspomniałem, trzeba poświęcić płycie nieco uwagi, wciągnąć się w nią by zaakceptować całość, co dla zwolenników kompaktowych, konkretnych albumów może być trudne.
Powiedzmy szczerze: The Suburbs nie jest jakimś wyjątkowym albumem, nie kierujmy się kultowym statusem grupy, oceniając ich kolejne płyty. Zdecydowanie ciekawszy, wręcz magiczny album nagrali koledzy z Broken Social Scene, tymczasem ich krążek pozostał ledwo zauważony, chociaż gdyby identycznie nagrali go Arcade Fire, byłby światowym wydarzeniem. Ochłońmy z zachwytu, bowiem The Suburbs to momentami westchnienie zachwytu, ale momentami wręcz ziewnięcie.
Ocena 4
Wystawił: Marcin Bareła, Niebieska Godzina.
05.11.2010
Deerhunter - "Halyceon Digest"
Od Radioheadowego Sailing do Beatlesowskich Memory Boy, nowa płyta Deerhunter przynosi wiele brzmieniowych przywoływań, ale przesłuchiwanie się jej jest przyjemnością porównywalną z odkrywaniem nowych dźwięków. Panowie z Atlanty w Stanach stworzyli prawdziwie ekscytujący, pełen godnych filmów akcji zwrotów album.
Po otwierającej całość piosence, Earthquake, nic by nie wskazywało, że za chwilę przywita nas post-punkowa energia i gitarowy zgiełk; i powiedzmy od razu, że nie ma tutaj przesadnej wirtuozerii instrumentalnej. Deerhunter skupił się na pomyśle na piosenkę, na tyle skutecznie, że krytycy muzyczni, na czele z wpływowym Pitchforkiem, bardzo wysoko oceniają najnowszą propozycję Amerykanów. Brudne, garażowe niemal granie w Basement Scene przeplata się z dopracowanymi, elektroniczno - ambientowymi utworami pokroju Helicopter. Głośne, progresywne kawałki jak Desire Lines zamieniają się w pełne ciepła i bijące prostotą perełki w rodzaju Coronado. Na koniec największa radość dla fanów nieszablonowego grania - ponadsiedmiominutowy miszmasz, He Would Have Laughed.
Zasłużenie nowa propozycja Deerhunter zbiera ciepłe słowa krytyki, bowiem ich nieszablonowe kompozycje, mimo że odwołujące się niewątpliwie do znajomych brzmień, nie tracą nic ze swojej oryginalności i nietuzinkowości. Płyta, która zostanie u nas zapewne niezauważona, dobrze, że jest chociaż Radio Egida.
Ocena 5
Wystawił: Marcin Bareła, Niebieska Godzina.
03.10.2010
The Roots - "How I Got Over"
Kultową dla amerykańskiego hip – hopu, grupę The Roots poznałem parę lat temu za sprawą przebojowego singla „The Seed” pochodzącego z wydanej w 2002r. płyty „Phrenology”, która na tle klasycznie pojmowanego hip – hopu wyróżniała się nietypowym brzmieniem opartym na rockowej i jazzowej pulsacji. Nie inaczej jest na wyczekiwanej od dłuższego czasu (pierwotna data premiery przewidziana była na 2009r.) dziewiątej w dyskografii zespołu płycie „How I Got Over”.
Po raz kolejny udało im się zgrabnie połączyć rap z tak odległymi rejonami muzycznymi, jak: soul, jazz, gospel, pop czy nawet folk nagrywając najbardziej przystępną i zarazem przebojową płytę w swoim dorobku. Praktycznie co drugi utwór ma spore szanse na stanie się przebojem ze względu na swoją lekkość idącą w parze z czarującą melodią wspartą chwytliwym wokalem. Za wokale poza Black Thought – MC zespołu odpowiadają w znaczniej mierze zaproszeni goście, których lista jest niezwykle długa. Najbardziej zaskakujące jest nawiązanie współpracy z artystami sceny folkowej (Joanna Newsome, Monsters of Folk, Dirty Projectors) stanowiące odświeżenie dotychczasowego stylu filadelfijskiej grupy. Bardziej przewidywalnie na tym tle wypadają połączenia wokalne z R&B i soul za sprawą wokali Johna Legenda („The Fire”, „Doin It Again”) i Dice’a Raw („Walk Alone”, „Radio Daze”, „Now or Never” i „How I Got Over”).
Nawiązanie współpracy z Johnem Legendem przyniosło już nawet dalej idące konsekwencje. Otóż równocześnie z przygotowaniami do wydania materiału z „How I Got Over” panowie nagrali wspólną płytę, na której posłuchać można ich interpretacji wybranych utworów z lat 60 i 70-tych. Płyta „Wake Up!” ukazała się 21 września, czyli ledwie trzy miesiące po premierze regularnego wydawnictwa The Roots i zapowiada się nad wyraz ciekawie.
Warto zwrócić także uwagę na niezwykle dojrzałą warstwę tekstową albumu „How I Got Over”. W bardzo osobistej przejmującej rozmowie z Bogiem w „Dear God 2.0” znajdziemy m.in odniesienia do problemów współczesnego świata, takich jak nadmierny rozwój technologiczny („technology turning the planet into zombies”), zalew rynku tanią chińską produkcją („If everything is made in China, are we Chinese”), rosnącej biedy, czy zanieczyszczenia środowiska naturalnego. Jednakże najwięcej uwagi położono na zjawisko rosnącej przemocy („It’s too much lyin, and too much fightin”, „We livin in a war zone like Rwanda”), samotności, rutyny codzienności oraz braku miłości, w której należałoby szukać oparcia.
Szczerze mówiąc nigdy nie byłem wielkim fanem hip – hopu, ale ta nowa płyta The Roots jest na tyle oryginalna i przebojowa, że trudno przejść przy niej obojętnie. Wysmakowana produkcja, nagromadzenie różnorodnych wokali sprawia, że słucha się tych piosenek z ogromną przyjemnością ciesząc się każdym nowym dźwiękiem. Pozycja obowiązkowa dla szanującego się melomana.
Ocena 4,5
Wystawił: Sławomir Kruk, Niebieska Godzina.
27.09.2010
Indigo Tree - "Blanik"
Wrocławski duet Indigo Tree całkowicie zasłużenie zaskarbił sobie uznanie krajowych krytyków wydanym w 2009r. debiutanckim albumem „Lullabies of Love and Death”, stanowiącym znakomitą odpowiedź na popularny obecnie w świecie freak folk. Subtelny zestaw kilkunastu onirycznych impresji skomponowanych na gitarę akustyczną z ograniczoną do minimum sekcją rytmiczną wzruszył nie jedno serce wprowadzając je w stan błogiej kontemplacji. Upłynął rok i na półkach sklepowych znaleźć możemy już nowe wydawnictwo sygnowane nazwiskami Filipa Zawady (ex Pustki) i Peve Lety’ego.
„Blanik”, bo tak zatytułowano album (na część znakomitego polskiego olimpijczyka) otwiera nowy rozdział w twórczości Indigo Tree. Miejsce gitary akustycznej zajęła lekko przesterowana gitara elektryczna wprowadzając trochę brudu w uporządkowany baśniowo – neurotyczny klimat znany z debiutu. Zachowano dotychczasowy styl z rozmytymi przestrzennymi harmoniami wokalnymi oraz z nie narzucającymi się od pierwszego przesłuchania melodiami. Można wręcz powiedzieć, że nowe kompozycje zespołu mają bardziej piosenkowy charakter, a niektóre z nich wyraźnie zaznaczone refreny, jak w przypadku „Hardlakes” oraz „Lazy” (gdyby stacje radiowe odważyły się je grać, miałyby spore szanse na stanie się przebojami). Klawiszy jest dla odmiany za to jakby mniej, ale gdy już się pojawiają np. w tytułowym „Blaniku” kojarzącym się ewidentnie z oniryczną twórczością Williama Basinskiego, to pozostawiają po sobie trwały ślad w pamięci.
Zwiększyła się rola producenta „Lullabies of Love and Death” Michała Kupicza na nowym albumie Indigo Tree do tego stopnia, że stał się on współautorem wszystkich nagrań i równoprawnym członkiem zespołu. Jego wkład jest słyszalny chociażby w nałożeniu na siebie wokali Peve Lety’ego (świetny efekt uzyskano zwłaszcza w końcówce „Hardlakes”) oraz w nadaniu głębi poszczególnym utworom. Trzeba ich słuchać wielokrotnie i najlepiej głośno, aby odkryć wszystkie ukryte przez niego smaczki.
Nowa płyta Indigo Tree działa na mnie niezwykle uzależniająco czarując urodziwymi, subtelnymi dźwiękami, których rozpiętość czasem wręcz zaskakuje. Najlepszy przykład to ostatni na krążku ponad siedmiominutowy utwór „Iwishweturnedintoatree” przechodzący stopniowo od szeptu do jazgotu przesterowanych gitar pozostawiając słuchacza w lekkim osłupieniu. Mocne zwieńczenie przepięknej, a zarazem skromnie wydanej płyty (szara okładka z błędnie wyznaczonymi kierunkami świata) którą moglibyśmy, a nawet powinniśmy się chwalić poza granicami naszego kraju. Z pewnością mocny kandydat do polskiej płyty jesieni, a może nawet i roku, kto wie? Pełen zachwyt.
Ocena 5
Wystawił: Sławomir Kruk, Niebieska Godzina.
22.09.2010
I Am Kloot - "Sky at Night"
„Where shall I go on that big, black night?” – śpiewa John Bramwell w rozpoczynającej album “Sky at Night” piosence “Northern Skies”. Nie przypadkowo zwracam uwagę na te słowa, gdyż większość tekstów na nowej płycie zespołu I Am Kloot dotyczy właśnie nocy postrzeganej przez pryzmat życia w ciemności („after all it’s just the night”). Już sam tytuł albumu zaczerpnięty od legendarnego programu telewizyjnego „The Sky at Night” nadawanego w BBC nieprzerwanie od 1957r., wyjaśnia nagromadzenie pojęć związanych z astronomią w niezwykle dojrzałych poetyckich tekstach Bramwella, które są niewątpliwie silną stroną najnowszego wydawnictwa manchesterskiej grupy.
Dawno nie słyszałem tak wciągającej i zarazem tak oszałamiającej prostotą płyty, w której największy nacisk położono na wytworzenie niepowtarzalnej atmosfery stanowiącej zarzewie do intymnej rozmowy ze słuchaczem. Wszystko brzmi tu dziwnie znajomo, a jednak zupełnie inaczej, gdyż ze świecą szukać orkiestrowego przepychu na wcześniejszych albumach zespołu. Za produkcje płyty odpowiadają dwaj muzycy Elbow – Craig Potter i Guy Garvey, którzy umiejętnie przełożyli swoje ostatnie doświadczenia z macierzystego zespołu (z wydanej w 2008r. płyty „The Seldom Seen Kid”) na delikatną, trochę marzycielską muzykę I Am Kloot.
W dziesięciu, krótkich piosenkach (może poza sześciominutowym epickim „Radiation” stanowiącym dla mnie odpowiednik „The Same Deep Water” z czarnego albumu zespołu) trwających łącznie 39 minut znaleźć można wiele przepięknych momentów, oszałamiających wręcz prostotą rozwiązań. Klasyczne ballady jak np. cudne „I Still Do” sąsiadują z pełnymi rozmachu, wręcz barokowymi aranżacjami utworów „Radiation” czy „Lately”. Aranżacja tego ostatniego kojarzy mi się ewidentnie z beatlesowskim standardem „With a Little Help From My Friends” w wykonaniu Joe Cockera. Do tego znajdziemy na płycie jeszcze urzekający walczyk „To The Brink” oraz nową wersję dawnego przeboju „Proof”, co do której można mieć jedynie zastrzeżenia, gdyż specjalnie nie różni się od znanego wcześniej świetnego wykonania.
Przepiękna, nastrojowa płyta za którą muzykom I Am Kloot należą się zasłużone brawa. Kto wie, czy John Bramwell, Peter Jobson i Andrew Hargreaves nie nagrali najlepszej płyty w swoim dorobku, choć dla wielu i tak pozostanie nią z pewnością czarny, nie zatytułowany album z 2003r. Moim zdaniem „Sky at Night” niczym mu nie ustępuje, a momentami przewyższa go liryzmem tekstów oraz transcendentalną atmosferą, której nie sposób opisać słowami. Czysta magia.
Ocena 5
Wystawił: Sławomir Kruk, Niebieska Godzina.
22.09.2010
Julian Lynch - "Mare"
Koniec wakacyjnego milczenia i błogiego lenistwa. Z tego upojnego stanu wyrwała mnie płyta Mare Juliana Lyncha, która na tyle mną wstrząsnęła, że oto jestem przed komputerem i piszę tych kilka zdań. Nieprzypadkowo...
Julian Lynch nie ma nic wspólnego z David'em, lecz jego utwory świetnie pasowałyby do poskręcanych filmów słynnego reżysera. Na Mare mamy do czynienia przede wszystkim z folkiem, czasem w wyraźnie jazzującym stylu, czasem stricte ambientowym. Niemniej jednak, to gitara akustyczna dyktuje tu warunki i jest przez cały czas dominującym instrumentem. Gitara nieco barokowa, niemal rozstrojona, brzmiąca niczym nieużywany już, ogniskowy akustyk. Od czasu do czasu Lynch sięga po elementy jazzowe, co słychać choćby na Ruth, My Sister, ambient z kolei, a konkretnie epokę lat 70 słychać natomiast na Stomper czy Interlude. Słuchając całość odnoszę nieodparte wrażenie obcowania z rzemiosłem Cocorosie, polegającym na rozciągniętych, chóralnych wokalach, ale po uważnym przysłuchaniu się zawartości, chórki owe to dzieło jednego tylko człowieka, Juliana Lyncha. Cocorosie mogłoby być dobrym przykładem posługiwania się nieskomplikowanymi, powolnymi akordami i sennym klimatem, jednak bliżej tutaj całości do Mum czy Bon Iver. Tego ostatniego zdecydowanie najbliżej.
Polecam z całego serca, jedna z płyt wakacji, świetnie uzupełniająca leniwe wieczory, lecz także źródło kontemplacji, skupienia i muzycznej odnowy.
Ocena 5,5
Wystawił: Marcin Bareła, Niebieska Godzina.
22.09.2010
The Radio Dept - "Clinging To a Scheme"
To już trzeci album podopiecznych wytwórni Labrador; szwedzkie dziecko nowoczesnego dream popu, grupa The Radio Dept, tym razem postanowiła trzymać się schematu. Na szczęście tylko w tytule...
Nie ma mowy w przypadku Clinging To a Scheme o sztywnej ramie, definiującej od początku do końca zawartość całości, płyta bowiem nie nudzi ani na chwilę, chociaż nowatorska ani odkrywcza specjalnie nie jest. Nie o to w tej lekko rozmarzonej, momentami radosnej muzyce chodzi, tutaj raczej mamy do czynienia z pewnymi emocjami, które ten album przynosi. Emocje odbierane w osobisty sposób ale nieodparcie kojarzące się z wakacyjnymi miłościami. Jest to rzecz dla leniwych, ale zwolennicy szybszych rytmów także znajdą tutaj małe pocieszenie. Najlepiej jednak rozłożyć hamak i w towarzystwie winogron lub innych owoców delektować się tą mieszaniną przyzwoitej, wakacyjnej i nienarzucającej się muzyki.
Na koniec zwracam szczególną uwagę na A Token Of Gratitude, który przebojem przesadnym nie będzie, ale pokazuje The Radio Dept. jako grupę nie tylko chłopców od przebojowych melodii, ale także wkręconych w brzmienie muzycznych rzemieślników. Polecam!
Ocena 4,5
Wystawił: Marcin Bareła, Niebieska Godzina.
20.07.2010
We Call it a Sound - "Animated"
Tytuł debiutanckiego wydawnictwa wolsztyńskiej grupy We Call It A Sound mógłby sugerować, że będziemy mieć doczynienia z kolejnym głośnym indie-rockowym debiutem pokroju Kumka Olik czy Nell, ale nic z tych rzeczy. Muzycy WCIAS poszli w zupełnie innym kierunku, tak rzadko obieranym przez polskich muzyków. Elektroniczno – popowe pejzaże, ciepłe pastelowe brzmienia oraz bogate instrumentarium to tylko parę atutów tej bardzo dojrzałej, jak na polskie warunki płyty.
„Animated” to z pozoru kompletnie nieprzebojowy materiał złożony z dziesięciu leniwie snujących się piosenek pełnych smutku, głębi oraz emocjonalnego śpiewu Karola Majerowskiego (najlepiej słychać to w utworach „Signs” oraz „Hospital Pub Note”, gdzie jego wokale aż kipią od emocji). Płyta dla wyrobionego słuchacza, wrażliwca z romantyczną duszą, pragnącego na dłuższy moment ukoić zranione serce. Idealnie nadaje się do słuchania zarówno późną nocą (wtedy smakuje najlepiej), jak i w upalne dni opalając się na którejś z dzikich plaż.
Większość piosenek oparto na elektronicznych podkładach, które zachwycają przede wszystkim bogactwem brzmienia oraz doskonałą produkcją (album nagrywano w Electric Eye Studio w Szubinie, a ostateczny kształt przybrał w słynnym nowojorskim studiu West West Side, gdzie zmiksował go Alan Douches). Zaskakuje przede wszystkim urozmaicone instrumentarium. W końcu który z debiutujących polskich zespołów odważyłby się urozmaicić swój album trąbkami, puzonami, dzwonkami glockenspiel, czy nawet afrykańską kalimbą. Świetnie wypada zwłaszcza „To fly a Kite”, który powstał w efekcie eksperymentów z kalimbą.
Debiutancki album chłopaków z Wolsztyna spodoba się z pewnością sympatykom ubiegłorocznej płyty Indigo Tree „Lullabies of Love and Death”, czy też wczesnego Old Time Radio. Jednakże najbliżej im do brytyjskiego odkrycia ostatnich miesięcy, czyli zespołu The XX, choć trzeba od razu zaznaczyć, że płyta polskiej grupy ma zdecydowanie cieplejsze brzmienie wynikające z zarejestrowania pierwotnych ścieżek na magnetofon szpulowy. „Animated” to zbliżona do The XX skala emocji, młodzieńczej szczerości i pięknych, czarujących melodii, zostających na bardzo długo w pamięci, pomimo swojej początkowej nieprzebojowości.
Jeśli szukacie w muzyce przede wszystkim szczerości i prawdziwych emocji propozycją We Call It A Sound będziecie zachwyceni. Przyszłość polskiej muzyki będzie należała do nich, o czym jestem przekonany.
Ocena 4,5
Wystawił: Sławomir Kruk, Niebieska Godzina.
20.07.2010
Casiokids - "Topp Stemning Pa Lokal Bar"
Casiokids to norweski kolektyw istniejący już od 2005 roku. Do tej pory wydali Fück Midi, natomiast w czerwcu tego roku ukazała się druga płyta formacji, zatytułowana Topp Stemning Pa Lokal Bar. Nie pytajcie mnie, o czym tutaj śpiewają, bo norweskiego nie znam; jedno wiem na pewno: przed wami doskonała płyta, która rozkłada na kolana niczym Brazylia na MŚ w RPA.
Już nie od dziś wiem, że na muzyce norweskiej zawieść się nie można. To kolejny przykład znakomitego połączenia dance i popu. Wydaje się, że kraje skandynawskie opanowały tę sztukę do perfekcji. Idealny balans między rytmem i melodią, przyprawiony szczyptą muzyki świata daje kapitalny efekt. I nawet, kiedy wydaje się, że gdzieś to już słyszeliśmy, że to zrobili już Duran Duran czy choćby całkiem niedawno Amadeu & Mariam, Topp Stemning Pa Lokal Bar daje poczucie muzycznej świeżości, lekkości i nieograniczonej kreatywności twórców. Rzeczywiście - trudno zmęczyć się tym zestawem ośmiu przebojowych, dynamicznych piosenek. Poszczególne piosenki wpadają natychmiast w ucho, a po zweryfikowaniu zawartości pozostaje uczucie niedosytu niczym po niedojedzonym obiedzie. Na pocieszenie, pozostaje drugi dysk, z remiksami utworów podstawowych. Trudno tu wskazać jakiś faworytów, bo płyta jest w całości doskonała, jednak uwagę zwracają, zawierające echa afrykańskie Togens Hule i En Vill Hest; bardzo instrumentalny, w sensie żywych instrumentów, niemal punk-rockowy Grrynt Lys I Alle Led, czy refleksyjny, chilloutowy Min Siste Dag. Warto też zwrócić uwagę na charakterystyczny głos Einara Olssona, który raz brzmi, jak Neil Tennant z Pet Show Boys a raz niemal identycznie w skali z Jonsi Birgissonem. Czyli jest generalnie wysoko w tej skali, co tylko dodaje tanecznego efektu całości. Co ciekawe, singlowy Fot I Hose, został nawet wykorzystany w promocyjnych spotach piłkarskich mistrzostw świata RPA. Promocja była strzałem w dziesiątkę, bo echa tego albumu zawędrowały nawet do Stanów Zjednoczonych, gdzie płyta wcisnęła się w zestawienie Billboardu. Brawo, brawo, ole!
Jeśli w jakimkolwiek stopniu zachęciłem was do sięgnięcia po ten niedostępny nigdzie album(dobrze, że są te i-tunesy), to zapraszam na Off Festival 2010, gdzie zespół Casiokids wystąpi. Nie wiem, czy będą syntezatory Casio i czy zespół przywiezie ze sobą afrykańskie wsparcie, jednak bez wątpienia, jeśli wszystko pójdzie dobrze, wyjdziecie z tego występu w doskonałych humorach. W takim właśnie nastroju jestem teraz, po kolejnym przesłuchaniu tej znakomitej płyty i tego samego Wam życzę.
Ocena 6
Wystawił: Marcin Bareła, Niebieska Godzina.
19.07.2010
Sleigh Bells - "Treats"
Ciągle zastanawiam się, co takiego nadzwyczajnego jest w duecie Sleigh Bells, a konkretniej ich debiutanckiej płycie Treats, że wszędzie, gdzie spojrzę, spływają soczyste pochwały wokół tego wydawnictwa. Wydawnictwa, powiedzmy sobie szczerze - przeciętnego. Nawet bardzo przeciętnego.
Połączenie Lily Allen i Lightning Bolt może i mogłoby się zmaterializować, ale trzeba umieć to zrobić, bo w przypadku Sleigh Bells wyszło połączenie czekolady i ogórka kiszonego. Czyli wyszło coś raczej niezbyt strawnego. Zastanówmy się, nad czym można się tu zachwycić. Wokal Alexis Krauss to nic nadzwyczajnego, taki lukrowany, popowy głosik; automat perkusyjny - używają go najwięksi, ale na Treats pozostaje w cieniu i wręcz go nie zauważam; gitarowy, przesterowany zgiełk - byłby może i fajny, gdyby nie bzyczał przez 32 minuty jak jakieś wielkie zgromadzenie szerszeni; syntezatory - można zaliczyć je ewentualnie na mały plus. Co poza tym: brak przeboju (no, może wyjątkiem - Rill Rill); wrażenie słuchania tego samego utworu cały czas; brak przestrzeni i jakiegokolwiek muzycznego oddechu. Czy to może być powodem zachwytów nad Treats?
Przyznaję, że początkowo dałem porwać się entuzjazmowi nad całym przedsięwzięciem, ale w tym momencie lepiej czym prędzej wystawię słabą trójkę, bo zapewne kilka dni i skończyłoby się na jedynce. Może i jest na Treats swego rodzaju oryginalność, świeżość; może i jest to brzmienie jakiejś kolejnej fali. Mnie jednak ta płyta coraz bardziej odrzuca, więc kończę już pisanie, póki jestem w dobrym humorze.
Ocena 3
Wystawił: Marcin Bareła, Niebieska Godzina.
18.07.2010
Tame Impala - "Innerspeaker"
Co się stało? Ktoś odkopał nieznane nagrania Beatlesów z roku 1967? A może Panda Bear postanowił zmiksować swoje dźwięki z głosem Johna Lennona? Nic z tych rzeczy - otóż debiutancką płytę wydała współczesna, australijska grupa, Tame Impala. Tytuł całości - Innerspeaker.
Wydawałoby się, że lato miłości było tylko raz, a acid music grywana jest obecnie w nielicznych klubach. Nic bardziej mylnego, co potwierdza kwartet muzyków z Perth w Australii. Już pierwsze dźwięki albumu Innerspeaker dzięki charakterystycznej linii basu i rozpierzchniętych gitarach przywołują na myśl Sierżanta Pieprza Beatlesów. Gdy do akcji wkracza wokalista, Kevin Parker, można zgłupieć - przecież to Lennon! Ale to nie Lennon, chociaż typowy chwyt psychodelicznego rocka - rozciąąąąągnięty, leniwy wokal jest tutaj zachowany. Innerspeaker to inwazja dźwięku. Nie ma nawet chwili oddechu, zewsząd bowiem atakują nas dźwięki poszarpanych gitar, lamentowy śpiew wokalisty i wszechobecne syntezatory.
Bardzo wszechstronnie pracująca perkusja (perki, bębnowe solo) dopełnia atmosfery muzycznej obfitości. W efekcie, wszystko jest do tego stopnia przesycone, że nie da się słuchać tej płyty zbyt często. Wyjątkowo intensywna dźwiękowo płyta.
Generalnie jednak, trzeba pochwalić ten album, swoista nowość na horyzontach rocka alternatywnego ostatnich lat. Nie polecam na wyciszenie, ale zdecydowanie polecam w przypadku chęci muzycznego doładowania.
Ocena 4
Wystawił: Marcin Bareła, Niebieska Godzina.
17.06.2010
The Drums - "The Drums"
W zeszłym roku muzyczny świat zadziwił nowojorski kwartet przywołujący plażowe skojarzenia dzięki swojej lekkiej (mimo że gitarowej), przebojowej muzyce. Epką Summertime!, chłopaki z The Drums odświeżyli wspomnienia klasyków tzw. surf music, z The Beach Boys na czele. W czerwcu przyszedł czas na konfrontację tej przebojowej epki, z pełnowymiarowym albumem. Jakie są tego efekty?
No jest prawie tak równo, tak dynamicznie i tak przebojowo, jak to było na Summertime!. Ze wspomnianej epki przetrwały tylko dwa utwory: Let's Go Surfing i Down By The Water. Panowie Pierce/Graham/Kessler/Hanwick dorzucili tutaj jeszcze 10 kompozycji; utworów dobrych i momentami wręcz genialnych. The Drums to trochę inna szkoła: zero solówek, zero instrumentalnych popisów - to płyta stworzona przez zespół i grana jako wspólne dzieło całości. Nikt tutaj choćby na chwilkę nie przejmuję "sterów", żaden instrument nie jest choćby na chwilkę głośniejszy od pozostałych. The Drums idą w drugą stronę - poszukują w muzyce lekkości, trochę romantyzmu, i przede wszystkim przebojowości. Przepis jest prosty: grać tak, aby się nie narzucać i odziać wszystko prostymi, bezpretensjonalnymi tekstami. Proste riffy, nieskomplikowane akordy, wpadające w ucho melodie. Przepis - trzeba powiedzieć - bardzo dobry. The Beach Boys czy The Mammas & The Pappas są jakby głównymi odwołaniami całości, choć nie brakuje nawiązań bardziej współczesnych, z The Cure (charakterystyczna wokaliza) na czele.
Nie jestem w 100% zachwycony całością, ale warto zwrócić na The Drums szczególną uwagę, bowiem jesteśmy świadkami zespołu umiarkowanych minimalistów, mających niezwykłą łatwość tworzenia przebojowych melodii, a przede wszystkim - zespołu o pewnym niepowtarzalnym stylu (trudno mi wskazać drugie, podobne współczesne brzmienie). Jak na krążek debiutancki, The Drums jest naprawdę dobrą, a nawet bardziej niż dobrą płytą. Ale jeszcze nie bardzo dobrą.
Ocena 4,5
Wystawił: Marcin Bareła, Niebieska Godzina.
17.06.2010
Kumka Olik- "Podobno nie ma już Francji"
Kto by pomyślał, że zaledwie rok po debiutanckiej Jedynce, ten kwartet z Mogilna wyda jego następcę. I jest to naprawdę przyzwoita płyta, a tytuł - Podobno Nie Ma Już Francji. Życie jakby zdawało się potwierdzać, że tej Francji jest faktycznie mało...
Kumka Olik nagrali naprawdę porządny materiał w postaci 11 chwytliwych, melodyjnych piosenek. Kandydatów na potencjalne przeboje jest tu kilka (Podobno Nie Ma Już Francji, Jak Mnie Kochasz To Mnie Puść). Cieszą ucho zabawy muzyczne, wykorzystujące jakby motywy wschodnie w utworach Niedojrzałość czy Indii. Połączenie ściany trąbek, delikatnego echa smyczków i gitary akustycznej powoduje w tych i innych kompozycjach przyjemne, wakacyjne wrażenie. Nie znaczy to, że debiutancka Jedynka nie oddziaływuje także tu, mamy bowiem kilka typowych dla Kumki, rockowo - punkowych numerów (Zabierz Mnie Zabierz Mnie Stąd). Ogólnie jest jednak wyraźnie przestrzenniej i światowo. Albo freak folkowo, jak chcą to nazywać krytycy.
Można by było przyczepić się do wokalu Mateusza Holaka, który próbuje nieco przypodobać się tu do Juliana Casablancasa a tam do Alexa Turnera, ale nie zrobię tego, bowiem absolutnie mi to nie przeszkadza. Mam jedno zastrzeżenie - pod koniec płyta jakby trochę przynudza, ale mimo wszystko coś czuję, że następnym razem możemy się spodziewać fonograficznego wydarzenia na skalę Końca Kryzysu Pustek. Tylko tak dalej!
Ocena 4
Wystawił: Marcin Bareła, Niebieska Godzina.
17.06.2010
Novika- "Lovefinder"
Pamiętam moje pierwsze przesłuchanie tej płyty: szybkie i jednorazowe i równie szybką reakcję odruchową: "nic wielkiego". Przyznaję, że zlekceważyłem sobie drugą solową płytę Noviki, album Lovefinder. Na szczęście, niedawno doszło do mnie, że jest to rzecz na światowym poziomie...
Kasia Novicka nie po raz pierwszy zachwyca liryczną dojrzałością, bardzo sugestywnie opisując współczesne trendy, zachowania i impulsy kierujące ludźmi. Czy to płyta o miłości - nie, bardziej o okolicznościach jej towarzyszących. Albo bardziej o tym, jak nieuchwytna jest miłość, i jak niemal absurdalnym pojęciem jest harmonia i szczęście. Jest więc o gasnącym z czasem uczuciu w Strangers, o tym, że życie jest w naszych rękach w Daily Routines albo o współczesnych trendach mody w Glamour. Słowa tych piosenek są ciekawsze, niż niejeden wykład na uniwersytecie i warto im się ze skupieniem przysłuchać. Novika nie stosuje skomplikowanych zabiegów słownych, nie ozdabia tekstów w abstrakcyjne metafory. To jest właśnie siła tej muzyki i samej artystki - teksty szczere, prawdziwe, uniwersalne. Muzycznie artystka rozwinęła się od czasów "Tricks Of Life", chociaż wspomniana płyta debiutancka była niezwykle dojrzała. Tak jest i tutaj, z tym wyróżnikiem, że mamy bardziej klubowe i tanecznie brzmienia niż na poprzedniczce. Jest to zapewne zasługą kolektywu gości, których i tym razem nie pożałowała nam Novika: Maximilian Skiba, Michał Fox Król, Bogdan Kondracki, Emade, Tomasz Ziętek. Osoby te wyprodukowały poszczególne piosenki, co słychać na przykładzie tychże (Perfect Beach - Tomasz Ziętek). Wokalnie udzielają się Kasia Kurzawska czy Iza Kowalewska (Muzykoterapia) a nawet... córeczka Noviki! Całość zmiksowano i podano w formie albumu perfekcyjnie. Niesamowicie i inaczej od wszystkiego brzmi utwór Forever Girl z ostrym, zdartym gitarowym solo.
Novika, wespół ze swoim kolektywem wybitnych DJ - ów i producentów, wydała świetny album; nadający się na parkiety, lecz także mogący służyć wykładom na wydziale psychologii. Wstyd mi, że potrzebowałem na zrozumienie tego kilku miesięcy, chociaż z drugiej strony, słowami Thoma Yorka "True Love Waits". Polecam!
Ocena 5
Wystawił: Marcin Bareła, Niebieska Godzina.
17.06.2010
Digit All Love- "V"
"...Po co się serce wyrywa spragnione do burzy gardząc ciszą, spokojem..." pyta Natalia Grosiak w piosence Po Co Się Budzą Pragnienia na najnowszej płycie wrocławskiej grupy Digit All Love. To pięknie postawione pytanie pozostaje bez odpowiedzi ale daje sporo do myślenia o sens ludzkiego bytowania. W takich chwilach jak dziś, to pytanie nabiera szczególnego wydźwięku.
Nie przypadkowo wybrałem na opis właśnie ten album. Muzyka wyjątkowo podniosła, piękna i przepełniona uczuciami. Wrocławski zespół, na czele z pomysłodawcą i głównym kompozytorem, Maciejem Zakrzewskim stworzył naprawdę wyjątkowy album. Szerokie wpływy obejmują tutaj artystów od Kate Bush, przez Tori Amos, aż po rodzimy Myslovitz. Trip hopowe korzenie zespołu słychać także wyraźnie, ale brudne, rockowe czasem dźwięki skutecznie wygładza folkowy klimat, który - można powiedzieć otacza cały album niczym mgła bezludną wyspę. Dobry przykład stanowi tutaj utwór Do Ciebie Przez Czas, który startuje minimalistycznym westchnieniem na wzór Czerwonego Notesu, Błękitnego Prochowca Myslovitz, by w pewnej chwili przejść w rdzenny folk, który wybucha agresywną elektroniką z towarzyszeniem potężnej perkusji. Efekt jest piorunujący.
Fantastycznych utworów jest tutaj wiele, z moim ulubionym: Po Co Się Budzą Pragnienia, który oprócz genialnego tekstu ma niezwykłą atmosferę; plenerowy mistycyzm. Dandelions, śpiewany po angielsku wypada dość standardowo, ale właśnie tutaj doskonale słychać może trochę dziecinny, jednak naprawdę śliczny głos Natalii i umiejętność Maćka pisania pięknych melodii. Doskonale wykorzystano na albumie także skrzypce, które odzywają się często, ale zawsze we właściwym miejscu i bez zbędnego przesytu.
Mój kolega redakcyjny, Sławomir Kruk na antenie chwalił album jako "jedna z jego ulubionych polskich płyt 2010" i mogę się tutaj podpisać obiema rękami, bowiem V dostarcza niesamowitych emocji i muzycznych przeżyć.
Ocena 5
Wystawił: Marcin Bareła, Niebieska Godzina.
31.05.2010
Katie Melua- "The House"
Kompozytorzy muzyki ciągle są w cenie. Guy Chambers, Rick Nowels, Lauren Christy. Nazwiska te figurują na nowej płycie Katie Melua, The House. I od razu mała niespodzianka - płytę produkował Wiliam Orbit a dotychczasowy producent i kompozytor większości piosenek na poprzednich płytach - Mike Batt odsunął się w przypadku The House w cień. Na niekorzyść całości...
Bo The House jest po prostu nudnym albumem. A zapowiadało się całkiem nieźle, bowiem singlowy The Flood to epicki rozmach godny Coldplay. Na samym albumie próżno jednak szukać podobnych wrażeń. Owszem - wokal Katie Melua jest czystą przyjemnością, artystka tradycyjnie bawi się nim w typowym dla siebie stylu. Muzycznie jest nieco gorzej. Instrumenty oczywiście brzmią tradycyjnie dobrze i czysto, jednak w tym wszystkim zatraciła się dusza. Poprzednie albumy, w tym Piece By Piece miały emocje. Piosenki autentycznie wzruszały; wspaniałe melodie Mike Batta, połączone z tym niesamowitym wokalem Melua powodowały przemarsz stada mrówek po całym ciele. Także instrumentarium było bogatsze, na czele z soczystym kontrabasem. Na The House tych emocji nie ma. Jest zbiór 12, z nielicznymi wyjątkami przeciętnych, jazzowo-bluesowych kompozycji. Katie niebezpiecznie zmierza w stronę taniego popu, a niektóre kompozycje sprawiają wrażenie powstałych przed chwilą, takie leniwe granie bez specjalnego przekazu i celu.
Na mały plus ewentualnie zaliczyć można w przypadku The House produkcję Wiliama Orbita, którego bardziej dynamiczne wstawki dodają całości nieco wyrazu. Ogólnie jednak jest słabo, momentami do tego stopnia, że pozostaje włączyć i położyć się spać. Sen - gwarantowany.
Ocena 2,5
Wystawił: Marcin Bareła, Niebieska Godzina.
31.05.2010
Steve Mason - "Boys Outside"
Ostatnio nie wiodło się u Stefana Masona zbyt dobrze; nieudany związek i próba wyżycia się za pomocą ostrego electro na płycie Black Affair. Założyciel uznanej grupy The Beta Band najwyraźniej ma się obecnie lepiej; słychać to na spójnej, nastrojowej, i jakże ciekawej płycie, Boys Outside.
Sentymentu do syntezatorów pan Mason całkowicie się nie pozbył; można mu to jednak wybaczyć, bowiem pojawia się w przeważającej części pianino, a podkłady elektroniczne w tym przypadku jedynie uzupełniają intymna atmosferę płyty. W tekstach słychać jeszcze, że Steve Mason lubi kwestie natury miłosno - egzystencjalnej, kiedy śpiewa o piętnastu latach, gdy nie miał się nim kto zaopiekować, lub: “I wake up every morning with a new-broke heart” w Let Her In, lecz możemy mu to także przebaczyć. Cała płyta bowiem ociera się momentami o ambient i stanowi swego rodzaju kontemplację. Wydaje się, że dziś Mason jest człowiekiem silniejszym niż kiedykolwiek przedtem. Muzycznie słychać dojrzałość; czego przejawem jest głębia, ciepło i liryczny klimat większości piosenek. Instrumentalnie jest dosyć oszczędnie, aczkolwiek synthpopowe wstawki bardzo ubarwiają całość, co potęguje specyficzny nastrój. Dominuje jednak gitara akustyczna i pianino. Od początku do końca.
To ta z nielicznych płyt, które polubiłem od pierwszego przesłuchania. Nic tu z popisów wokalnych czy przesadnej wirtuozerii, jednak płyta ma coś z klimatu podróży w głąb siebie, niemal mała retrospekcja. I nawet nie ma znaczenia, że nie uświadczymy tu przebojów, nie o to chyba chodzi.
Ocena 5
Wystawił: Marcin Bareła, Niebieska Godzina.
16.05.2010
Broken Social Scene - "Forgiveness Rock Record"
Trochę Wilco, trochę Tv On The Radio, trochę The Cure a wszystko spowite romantycznym uniesieniem godnym Arcade Fire. To wszystko jest na nowej, fantastycznej płycie Kanadyjczyków z Broken Social Scene, albumie Forgiveness Rock Record. Czekaliśmy na ten album okrągłe pięć lat i warto było. Na nowej płycie zebrano masę rewelacyjnych, świeżych pomysłów.
Płytę wyprodukował znany nam John McEntire, odpowiedzialny choćby za ostatnie wydawnictwo The Car Is On Fire - Ombarrops! Charakterystyczne brzmienie gitar, tu jakby rozstrojone, gdzie indziej przesterowane, typowe dla tego producenta słychać n a FRR doskonale. Tradycyjnie już mamy do czynienia z długim albumem, tutaj ponad 60-minutowym, w których to dostajemy niemało, bo aż 14 kompozycji. Już pierwszy kawałek, singlowy World Sick przypomina klimatem stan emocjonalny tuż przed samobójstwem. Spokojne, oparte na wiolonczeli partie przeplatają głośne, gitarowe frazy połączone z lamentowym wokalem
"I get world sick every time I take a step
I get world sick, my love is for my land"...
Tak już zostanie niemal do końca: między sobą "walczyć" będą smyczki, trąbki i gitary. Jakkolwiek, niektóre kawałki urzekają prostotą i dają odpocząć niejako po porcji emocjonalnego ładunku utworów poprzedzających. Texico Bitches na przykład to melodyjność i radość Clap Your Hands Say Yeah! a Highway Slipper Jam dosłownie koi rany po niesfornym Art House Director swoim klimatem rodem z filmów drogi. Swoistą, nieco alternatywną suitę prezentuje Ungrateful Little Father, w połowie typowe Wilco, ale w drugiej połowie muzyczny miszmasz oparty jakby na organach, odgłosach dzwoneczków tudzież zebranych glitchy. Najbardziej normalnym kawałkiem jest tu chyba Sweetest Kill, absolutna doskonałość pod względem muzycznego umiarkowania i umiejętności budowania nastroju. Kapitalne wrażenie robi także Water In Hell; pełna pasji opowieść o tym, że nikt nie lubi przegrywać zbudowana wokół wyjącego niemal chóru, trochę jakby wziąć Micka Jaggera i pomnożyć razy cztery. Swoją drogą klimat późnych Stonesów jest tutaj obecny.
Tak właśnie w dużym skrócie wygląda i brzmi nowy Broken Social Scene. Tak sobie pomyślałem, że gdyby Mickiewicz żył, pewnie byłby zachwycony. Można się przy tym zakochać, ale trzeba uważać, bo równie dobrze można skoczyć z mostu. Ale jeśli już skakać, to najlepiej wziąć do ręki Forgiveness Rock Record... Najmocniejsza piątka w historii moich piątek.
Ocena 5
Wystawił: Marcin Bareła, Niebieska Godzina.
16.04.2010
Lali Puna - "Our Inventions"
Wyobraźcie sobie Mobiego, który postanawia zebrać glitche Mum, brudne dźwięki Radiohead, klubową elektronikę Hot Chip a wszystko otoczyć kojącym brzmieniem późnego The Notwist. Połączcie składniki z kojącym wokalem a la Yukimi Nagano i mamy Lali Puna - czyli niemiecki kwartet, którego rdzeń stanowi pani Valerie Trebeljahr, która prowadziła niegdyś żeńską grupę LB Page. Jednym z członków zespołu jest Markus Acher, stąd podobieństwo z Notwist nie jest przypadkowe.
To już czwarty album tego zespołu, pomijając wydawnictwa singlowe, i jest naprawdę smacznie. Możemy przy tej płycie naprawdę odpocząć, oddając się dźwiękom przeważnie spokojnym, a chilloutowy efekt potęguje nieco niski głos Valerie Trebeljahr, Koreanki z pochodzenia, także grającej na keyboardzie. Markus Acher tutaj odsuwa się nieco w cień, pozwalając sobie odpocząć od obowiązków gitarzysty The Notwist, tworząc na Our Inventions kombinację elektronicznych efektów. A takie w tym przypadku dominują, chociaż dla miłośników czystych brzmień perkusja jest jak najbardziej prawdziwa. Gitar z kolei mamy tutaj jak na lekarstwo, a jeśli już, to najczęściej zniekształcone przez komputer.
Nie zmienia to faktu, że Lali Puna po raz kolejny czaruje nas naprawdę przyzwoitą muzyką; płytą bez szaleństw, bez wielkich singli - jednak równą i dobrą w ogólnym rozrachunku. Nie ma co szukać tutaj większych doznań, polecam po prostu zgasić światło; zapalić świecę, pomyśleć o czymś przyjemnym i słuchać.
Ocena 4
Wystawił: Marcin Bareła, Niebieska Godzina.
16.04.2010
Jonsi - "Go"
Kto by pomyślał, że po przeszło 10 latach obecności na scenie Jonsi, a dokładniej Jonsi Birgisson wyda debiutancką płytę. To nie pomyłka - bowiem solowej płyty na swoim koncie ten pan jeszcze nie ma. Właściwie nie miał, gdyż Go, wydana na świecie 5 kwietnia zmieniła ten stan rzeczy.
Na Go słychać wyraźnie, kto odpowiada za brzmienie Sigur Ros, macierzystej grupy Birgissona. Mamy tutaj w obrazowym skrócie kontynuację drogi obranej przez Sigur Ros na płycie With The Buzz In Our Ears We Play Endlessly: dość krótkie jak na standardy Islandczyka, przeważnie aż przesiąknięte nadzieją utwory. Jonsi najwyraźniej pożegnał się na dobre z bardziej mroczną stroną swojej muzyki, wyzwalając pokłady ciepła i dobrej energii, które znalazły ujście właśnie na Go. Nie znaczy to, że nawiązań do korzeni tutaj nie ma; Kolnidur na przykład ma w sobie zdartą, sfuzzowaną gitarę, której użyto w utworze Saglópur na płycie Takk (2005), a Grow Till Tall nawiązuje jakby do Glosoli.
Słyszymy muzyka "uniesionego", człowieka, który wydaje się poprzez swoją twórczość charakterem nie z tej ziemi. Rzeczywiście, słuchając Go, po raz kolejny poczułem: "to jest inne niż wszystko". Istotnie - próba porównania tej muzyki do jakiegokolwiek istniejącego stylu tudzież trendu może się nie udać. Anioły? Bóg? Niebiosa? Słowa patetyczne, niektórzy stwierdzą - kiczowate. Ale jak, przeżywając kolejne duchowo-cielesne uniesienie, jak inaczej opisać to, co dzieję się na Go? Macie jakieś pomysły?
Ocena 5,5
Wystawił: Marcin Bareła, Niebieska Godzina.
08.03.2010
Gorillaz - "Plastic Beach"
Ilekroć słyszę tego faceta zastanawiam się: "jak on to robi?"; jak ten przeszło czterdziestoletni facet, który stworzył już właściwie cały muzyczny alfabet ciągle powołuje fantastyczne projekty, komponuje płyty, piosenki które są poza zasięgiem przeciętnego kompozytora? Damon Albarn jest po prostu geniuszem; to on, wraz z Blur, pokazał środkowy palec angloamerykańskim tradycjonalistom; to on włączył do muzyki rock elementy arabskie; to on w końcu - wraz z Jamie Hewlettem powołał w 1998 roku zespół Gorillaz (który de facto miał być początkowo żartem). W ciągu przeszło 20 lat Albarn zadziwiał świat muzycznymi eksperymentami ale i zdolnością do tworzenia epickich melodii. Damon Albarn ma jeszcze jedną cechę: potrafi sprowadzić do swojej muzycznej "chatki" artystyczny świadek najwyższego pokroju, co "gwiazdom" estrady przychodzi z trudem. W przypadku Plastic Beach mamy - można powiedzieć - wręcz "zjazd" śmietanki artystycznej.
Albarn ma, za to co zrobił szacunek wielkich muzyki, nadąsani sceny na jego zawołanie schodzą się niczym piłkarze do szatni. On odwdzięcza się zresztą... także występując gościnnie (Massive Attack). Ale nie odejmujmy nic od reszty - Gorillaz tworzą przecież Murdoc Niccals, Russel Hobbs i Noodle. Jednak to Albarn (2D) komponuje lub współkomponuje większość materiału (razem z Hewlettem!). A ten w przypadku Plastic Beach jest trochę wirtualną, wymyśloną, ale prawdziwie ekscytującą przygodą.
Zapowiadający całość, singlowy Stylo, wyjęty trochę z wczesnego Massive Attack, od razu rozbudził apetyty, zresztą Goryle przyzwyczaili już do świetnych singli. Plastic Beach jest syntezą popowego rapu, electropopu, klubowego electro, dubowego hip hopu, jungle, balladowego rocka i Bóg wie czego jeszcze. Wszystko o dziwo do siebie pasuje, tworząc niezwykły kolaż muzyki świata; obok siebie syntezatory, sample, libańska orkiestra, flety, orientalny rebab, skrzypce, odgłosy ptaków, gitary; głosy Yukimi Nagano, Mosa Defa czy Lou Reeda. Obawiam się, że to nie udałoby się innym, nawet przy najszczerszych chęciach. Gorillaz się udało. Opowieść o zepsutym, sztucznym świecie i pewnej plastykowej wyspie, miejscu ucieczki i schronienia. Wyspy nie ma, ale każdy może sobie ją stworzyć i się do niej wybrać. Jak zwykle w przypadku Albarna trochę wspomnień (także tych alkoholowych) i miłości. Gorillaz zdziera brud z czarnoskórych wykonawców, pokazując ich w słodkim, popowym wydaniu.
Jest to na pewno najciekawsza płyta Gorillaz; pełna nowych pomysłów, chyba bardziej odważna - ale i nieco spokojniejsza od poprzedniczek. Jeżeli pierwsza płyta była czystą zabawą, druga rzeczą bardziej zaangażowaną i melancholijną - tak Plastic Beach to swoisty eksperyment pod kontrolą. Eksperyment nie wolny od wad, ale dowód na niewyczerpany geniusz Albarna. Więcej takich podróży na wyspę Plastic, proszę!
Ocena 4,5
Wystawił: Marcin Bareła, Niebieska Godzina.
07.03.2010
Hot Chip - "One Life Stand"
To będzie krótka nota: Nie rozumiem o co chodzi zespołowi na najnowszym albumie, One Life Stand. Nie wiem, czy mam się przy tym bawić, czy mam tego słuchać, czy może nawet przy tym płakać...Po znakomitym The Warning i dobrym Made In The Dark przyszedł czas na coś, z czym nie do końca mogę sobie poradzić. Te piosenki jeszcze nie są tragiczne, ale za cholerę nie umiem tego zjeść.
Zespół zaznaczał, że tworzył ten materiał w sprzyjających okolicznościach, mając do dyspozycji komfort studyjnych zabawek i czasu, wynikający z braku zobowiązań koncertowych. Do drugiego numeru jeszcze jest nieźle, ale potem następuje I Feel Better, które najbardziej nadaje się chyba na LOVE PARADE w Berlinie. Singlowy One Life Stand poziom trzyma, potem następuje kulminacja huśtawki nastrojów - Brothers i Slush. Gratuluję wszystkim, którzy nie zgłupieli. Jeżeli jest jeszcze nadzieja w postaci ślicznego Alley Cats, tak wraz z We Have Love wracamy na Love Parade. Płytę wieńczy chyba jakiś odrzut z Made In The Dark - Keep Quiet i Take It In stanowiący nieudolną próbę przywołania najlepszych czasów dance.
Oczywiście - są na tej płycie utwory dobre, ale jest ich za mało, by zrobić wrażenie, a moim zdaniem mamy do czynienia z jedną z najbardziej niepoukładanych, wielobiegunowych płyt, która zostawia słuchacza w totalnym ogłupieniu. Może Wy wiecie o co tutaj chodzi?
Ocena 2
Wystawił: Marcin Bareła, Niebieska Godzina.
02.03.2010
Iowa Super Soccer - "Stories Without Happy Ending"
Dokładnie 2 lata minęło od znakomitego debiutu mysłowickiego zespołu Iowa Super Soccer, płyty Lullabies To Keep Your Eyes Closed, tymczasem już wkrótce, dokładnie 15 marca oficjalna premiera płyty Stories Without Happy Ending. I znowu produkcją zajął się zaprzyjaźniony z Radiem Egida, Zbyszek Olko; a całość wydała oficyna Gustaff Records z Zielonej Góry. I znowu komponowaniem utworów zajęli się: gitarzysta i okazjonalny wokalista - Michał Skrzydło oraz wokalistka - Natalia Baranowska. Wiadomo, że druga płyta to wyzwanie, zwłaszcza po głębokim śladzie, jaki pozostawia album debiutancki...
Udało się, naprawdę udało się. Przyznam szczerze, że po raz pierwszy przysłuchiwałem się nowej płycie z dystansem, tymczasem po kilkukrotnej weryfikacji zawartości nie mam już wątpliwości - Stories Without Happy Ending jest płytą bardzo udaną. Jeżeli pierwsze dźwięki mogą wpędzić w lekki dołek, tak już druga piosenka, Wake Up emanuje pogodą ducha, optymizmem i muzyczną różnorodnością. I tak już pozostanie, bowiem Stories... to jak na standardy Mysłowiczan bardzo ciepła, pogodna płyta.
Chciałbym zwrócić uwagę - już po raz kolejny - na śpiew Natalii Baranowskiej. Bywa, że śpiewa niczym dziewczynka pozostawiona samej sobie na pustkowiu, bywa, że jej śpiew ociera się o płacz istoty bez przyszłości...Ale to nie jest już ten głos dziecka z Cold - to głos znającej swoją wartość, dorastającej kobiety. Sposób, w jaki Natalia wyśpiewała Scary Book, czy Suzanne sprawił, że nieco opadłem w fotelu...Oczywiście, to dalej bardzo emocjonalna wokaliza, jednak jest to już zupełnie inna muzyczna jakość.
Stories Without Happy Ending jest bardzo różnorodną płytą stylistycznie. Oczywiście, pozostajemy w kręgu gitary akustycznej, zmysłowego śpiewu i leniwych melodii. Zespół dodał tutaj kilka ciekawych elementów, głównie klasycznych, co słychać na Wild World, Oh, My Heart czy Suzanne. Oprócz wszechobecnych smyczków, mamy ciekawe wejścia - jak ten w Little Joe, piosence startującej jak niewinna balladka, która za chwilę zmienia się w smyczkowo - perkusyjny, dynamiczny dramat...Jednym z najciekawszych utworów jest tutaj Scary Book - zaczerpnięta niczym z Kapeli Ze wsi Warszawa opowieść o pewnej pani i jej tajemniczym zniknięciu, zawierającym staropolskie skrzypce i - co nieczęste dla ISS - gitarowe solo. Klimat tutaj stworzony przenosi nas na chwilę gdzieś na kraniec świata... Mamy oczywiście piękne ballady, trochę w stylu country - blues (Mr. Lonely, Wake Up); trochę w 100% popowe (The Story Of Our Picture). Łączy te ballady taka nietypowa jak na standardy Iowa Super Soccer pogoda ducha. Zwieńczeniem tej radości jest końcowy, 12 utwór Rolling Around:
"I'm Making Kofee, And Cooking You Your Favourite Toast
I'm Kissing Your Cheeks And I Feel This As Your Own World"
Sposób, w jaki Natalia śpiewa te słowa sprawia, że nie da się nie kochać tej piosenki, człowiek zaraża się tym nastrojem i też chce zrobić tę kawę i te tosty i kogoś pocałować.
Swoją drogą czyżby Natalia była zakochana...?
Serdecznie zapraszam do sięgania po nowy album Iowa Super Soccer, Stories Without Happy Ending. Jest to płyta, która niczego nie udowadnia, bo nie musi - muzyka tutaj zawarta broni się w całości i jest dobrą wskazówką dla wszystkich, którzy na siłę szukają drogi. Czasem widać wcale nie trzeba szukać drogi...
Ocena 5
Wystawił: Marcin Bareła, Niebieska Godzina.
23.02.2010
Local Natives - "Gorilla Manor"
Local Natives - zespół Amerykański, pochodzący z Los Angeles, nowa ekipa na mapie tzw. freak folk. Ich debiutancki album, Gorilla Manor ukazał się jeszcze w tamtym roku, lecz głośno zrobiło się o nich dopiero teraz. I całe szczęście.
Dziennikarze nazywają brzmienie zespołu jako "gitarowy afropop otoczony hiperaktywną perkusją i chwytliwymi trzyczęściowymi harmoniami". Jedno jest pewne: aktualnych wpływów tutaj nie brakuje i zespół czerpie z nich niemal z niekłamaną szczerością. Fleet Foxes - z tym zespołem płyta może budzić największe skojarzenia, bowiem Gorilla Manor zawiera chóralne śpiewy, podniosły nastrój i wspaniałe melodie charakterystyczne dla tego właśnie zespołu. Utwór - skądinąd doskonały - World News brzmi niemal jakby to grali Fleet Foxes.
Bardzo dobrze słyszalny jest tutaj wpływ Grizzly Bear - płyta Gorilla Manor co chwila ociera się o charakterystyczną dla Misiów psychodelię i podobnie do nich - zmienia to tu tam tonację i tempo. Będąc konsekwentnym przywołam trzeci silny wpływ odbity na brzmieniu albumu - Arcade Fire. I nie chodzi tu jedynie o długość poszczególnych utworów, ale o charakterystyczne dla Kanadyjczyków narastanie napięcia i elementy klasyczne, co serwuje nam na przykład kawałek Camera Talk.
W mnogości przywołanych artystów i typowych brzmień najciekawsze jest to, że tożsamość Gorilla Manor absolutnie nie zatraca się, pozostając na wskroś oryginalną propozycją. Podziwiam, naprawdę podziwiam umiejętności wokalne członków Local Natives, ich łatwość komponowania chwytliwych i co ważne - ciekawych melodii, co przecież w obecnych czasach nie jest oczywiste. Niewątpliwie zespół połączył wszystkie składniki idealnie i wyszło naprawdę przepyszne, wbrew pozorom lekkostrawne danie. Jedna z najlepszych współczesnych płyt jakie słyszałem, brawo!
Ocena 6
Wystawił: Marcin Bareła, Niebieska Godzina.
17.02.2010
Husky Rescue - "Ship Of Light"
30 stycznia oficjalnie skończył się trzyletni okres oczekiwania na kolejną porcję muzyki od Husky Rescue, fińskiego projektu, dowodzonego prze Marko Nyberga, odpowiedzialnego za pastelowe, surrealistyczne piosenki wypełnione melancholijnym westchnieniem. Od początku było wiadomo, że przed Finami trudne zadanie, bowiem debiutancką Country Falls i jej następczynią, Ghost Is Not Real postawili poprzeczkę od razu bardzo wysoko, a apetyty słuchaczy zostały bardzo pobudzone. Co się zmieniło przez te kilka lat?
Otóż niewiele. Najnowsza płyta - Ship Of Light nie odstaje poziomem od poprzedniczek, jednak jako całość nie robi tak niesamowitego wrażenia. Wydawałoby się, że trzy lata to wystarczająco dużo, by przygotować zwalający z nóg materiał, ale jednak nie w tym przypadku. W tym miejscu utnę wszelkie niejasności, bowiem płyta Ship Of Light jest dobra. No właśnie - tylko dobra, w kontekście Husky Rescue to słowo oznacza "kurcze, mogłoby być lepiej".
Skandynawowie mają nosa - 10 piosenek, zatem nie powinniśmy zdążyć się znudzić. Co rzuca się w uszy - na pewno nawiązanie do muzyki francuskiej, zarówno tej klasycznej - Grey Pastures Still Waters to w miarę dobrze słyszalne odwołanie do Serge Gainsbourga - jak i współczesnej- Sound Of Love to nic innego, jak lekko zmieniona Sexy Boy duetu Air. Właśnie - Air to jedna z głównych inspiracji Skandynawów, ich twórczość przewija się między wierszami właściwie w każdym utworze. Mamy także odwołanie do Royksopp - Wolf Trap Motel; a wszechobecne dzwoneczki przenoszą nas co chwila do lodowej Islandii.
Dla mnie Ship Of Light na dobre rozkręca się w drugiej części albumu, serwując nam absolutnie doskonałe When Time Was On Their Side, co ciekawe niemal w całości instrumentalny numer, podobnie jak wyjątkowo żywy, wypełniony fantastyczną perkusją They Are Coming. Jest typowy dla Huskych We Shall Burn Bright - połączenie tańca i medytacji. I jeszcze kończący ten krótki album Beautiful My Monster, najbardziej popowy, balladowy kawałek ze smyczkiem w tle.
Na plus jest tutaj jak zwykle klimat - nastrój przypominający stan tuż przed zaśnięciem, balansujący właściwie na granicy snu a rzeczywistości (gdzie snu jest więcej); ciekawe aranżacje; upajający wokal Reety Leeny-Korholi i treść - w tym fakt, że to krótki album. Jednak martwi mnie jedno: Takie utwory, jak Sound Of Love, Fast Lane czy Man Of Stone to zmiksowane/przyspieszone/zwolnione kawałki z poprzednich płyt HR (choćby Nightless Night). Finowie muszą coś z tym zrobić, w przeciwnym razie skończy się na kolejnej nieoficjalnie płycie typu best of.
Ocena 4
Wystawił: Marcin Bareła, Niebieska Godzina.
17.02.2010
Vampire Weekend - "Contra"
Debiutując w 2008 roku płytą Vampire Weekend, Nowojorczycy zachwycili krytykę i słuchaczy ciekawym połączeniem dźwięków świata (głównie Afryki) z nowoczesnym punk-rockiem. To była jedna z płyt roku 2008. Natomiast Contra, czyli nowe wydawnictwo Amerykanów, już kandyduje do tego tytułu w tym roku.
Udało się po raz kolejny: zespół skutecznie połączył dzikość i konwencję; uniwersalizm i regionalizm; moc i delikatność. To esencja nowego albumu Contra. Znajduje się tutaj 11, w przeważającej części krótkich, energetycznych pieśni, zawierających dawkę wszystkiego co wyżej wymienione. Są zatem dzikie okrzyki i delikatne chórki; punkowa perkusja i dźwięczne cymbały; głośne gitary i niewinne skrzypce. Rockowa ekspresja gdzieniegdzie ustępuje reggae'owym skandowaniem. Mamy więc z jednej strony delikatne Run i ostre Cousins; mamy balladowe I Think UR Contra i reggaeowe Diplomat's Son. A wszystko utrzymane w dobrym rytmie, niezwykle pozytywne, no i jak najbardziej przebojowe. Potencjalnych przebojów tutaj nie brakuje - Horchata, White Sky, Diplomat's Son i Taxi Cab to moi faworyci. Ale płyta jest w całości naprawdę bardzo równa.
Na koniec powiem tylko, że jest moim marzeniem zobaczyć ten zespół na żywo - totalna energia i spontaniczność na scenie - to Vampire Weekend. Może Off Festiwal?
Ocena 5
Wystawił: Marcin Bareła, Niebieska Godzina.
17.02.2010
Massive Attack - "Heligoland"
Przed nami jedna z najbardziej wyczekiwanych płyt ostatnich lat, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę niemal siedmioletnią nieobecność Massive Attack - nie licząc zbioru hitów z towarzyszeniem paru autorskich pieśni - Collected z 2006, oraz okolicznościowych koncertów. Z reguły dłuższa przerwa sprzyjała jakości muzyki figurującej na albumie; tak było chociażby w przypadku In Rainbows Radiohead, czy ostatniej propozycji Portishead. Tym razem przydałoby się jednak jeszcze kilka lat cierpliwości.
Piosenki na Heligoland powstawały już w 2005 roku, jednak zarówno Del Naja, jak i Marshall bardziej angażowali się w prace poboczne, tudzież okazjonalne jamy z zaprzyjaźnionymi artystami. Drogi oby muzyków zaczęły powoli zbliżać się ku sobie, aż w końcu na początku 2009 zamknęli się w studiu i postanowili skleić swoje pomysły w pełnowymiarowy album. W sierpniu dostaliśmy zwiastun w postaci epki Splitting The Atom. Kulminacja nastąpiła 8 lutego.
Dawno nie słyszałem tak nierównego albumu w ogóle, są tu zarówno wybitne piosenki: Pray For Rain, Paradise Circus - nie ustępujące poziomem choćby Unfinished Sympathy; jak i zupełnie niezrozumiałe, psujące napięcie "zapychacze": Flat of the Blade, Rush Minute. Płyta startuje naprawdę mocno i ujawnia smakowite kąski aż do Psyche, kiedy niestety obniża bezpowrotnie poziom. Wspomniany Pray for Rain, złożony z dwóch części z głosem Tunde Adebimpe z Tv On The radio z miejsca rozkłada na łopatki. Bardzo ciekawe Babel, zawierające echa Placebo, z głosem Martiny Topley-Bird; niesamowite Paradise Circus z uroczą Hope Sandoval; przepiękne, trochę niepasujące do całości Saturday Come Slow z Damonem Albarnem; no i całkiem udane Splitting The Atom - to utwory znakomite, ale to za mało, by wypełnić długogrającą płytę. W konsekwencji dostajemy porcję pseudo-ambientu, elektronicznego minimalizmu ni to artystycznego, oczywiście w stylu Massive Attack, ale ten kontrast nijak się ma do całości, a w dodatku ustępuje o mile podobnym dokonaniom z 100th Window. Po ostatnim nagraniu początkowy zachwyt ustępuje miejsca końcowemu rozczarowaniu.
Heligoland to zbiór częściowo znakomitych kompozycji Massive Attack a częściowo zbiór kompozycji nie nadających się nawet na płytę b-side. To mogłaby być znakomita epka, lub doskonały maxi-singiel. Ale płyta rady nie daje.
Ocena 3
Wystawił: Marcin Bareła, Niebieska Godzina.
17.02.2010
Lindstrom & Christabelle - "Real Life Is No Cool"
Jak powszechnie wiadomo, scena norweska słynie z elektronicznych, tanecznych rytmów żeby wymienić Royksopp, Diaz i innych mniej znanych, ale inspirujących twórców. Jednym z nich jest działający od 2004 projekt Lindstrom.
Mający na koncie 2 płyty muzyk, którego prawdziwe nazwisko to Hans-Peter Lindstrom, jest odpowiedzialny za płytę Where You Go I Go To, która w 2008 zdystansowała jakością produkcje czołowych wykonawców nowej muzyki. W tym roku, wespół z enigmatyczną artystką - Christabelle - muzyk powraca ze swoim drugim studyjnym albumem o refleksyjnym tytule, Real Life Is No Cool.
Myślę, że wielbiciele sceny tanecznej przełomu lat 70 i 80 mogą być zachwyceni, podobnie jak miłośnicy klubowego chilloutu w wydaniu Kaskade. Ktoś lubiący Depeche Mode lub Moloko także nie powinien narzekać. Lindstrom bardzo umiejętnie buduje nastrój mieszając klimaty stricte taneczne w wydaniu downtempo i elektronic. W efekcie dostajemy 10 przestrzennych, klimatycznych kompozycji, jedne bardziej klimatem zbliżone do lat 80-tych: Baby Can't Stop, Keep It Up; inne bardziej współczesne, pełne klubowych odwołań: Let It Happen, Let's Practise. Płytę wieńczy fantastyczny, ponadsześciominutowy High & Low, kwintesencja swobodnej, nieograniczonej twórczości artysty wolnego, nieskrępowanego, wyzwolonego z wszelkich muzycznych ograniczeń. Prawdziwa dźwiękowa podróż w nieznane.
Mam nadzieję, że płyta ta zostanie dostrzeżona także u nas (choć w to sam wątpię). Ja nie mam wątpliwości co do tego, że powinna zostać zauważona, źle - usłyszana.
Ocena 4,5
Wystawił: Marcin Bareła, Niebieska Godzina.
22.11.2009
Julia Marcell - "It Might Like You"
Słuchając płyty Julii Marcell, It Might Like You, mam nieodparte wrażenie obcowania z podobnym rzemiosłem już wielokrotnie. To wrażenie może być wszakże mylące – otóż całkiem możliwe, że pojawiła się na scenie artystka jakich mało, zjawisko. Całkiem możliwe też, że ta płyta zostanie niejednokrotnie wyniesiona do rangi wydarzenia, lub równie szybko i bezpowrotnie pójdzie w zapomnienie. Najbliższa przyszłość zapewne to zweryfikuje.
Muzykę wypełniającą tę płytę spokojnie można by nazwać popową muzyką klasyczną. Jest bowiem wyraźnie zachowany dystans między fortepianem, z którym bardzo sprawnie radzi sobie pani Julia, a resztą instrumentarium, które owy doniosły instrument dopełnia. Drugim ważnym instrumentem, również specjalnością bohaterki recenzji są skrzypce. Reszta to jedynie aranżacyjne dodatki, które raz słychać bardziej (Billy Elliot), raz wcale (Words Won't Save You). Ten minimalizm jest wielką zaletą płyty zawierającą zresztą muzykę z natury minimalistyczną. Gdzieniegdzie jednak tempo przyspiesza a brzmienie wyostrza się, Carousel to prosta ballada jakich tu wiele, która w pewnym momencie wybucha folkową atmosferą artystek pokroju Joanny Newsom. Takich momentów ta płyta dostarcza kilka.
Jest pewną odwagą robić w obecnych, nazwijmy to intensywnych brzmieniowo czasach podobną muzykę. Dlatego nie szczędzę pochwał dla Julii Marcell i płyty It Might Like You. Pochwał myślę jak najbardziej zasłużonych i nie idących na marne.
Ocena 4,5
Wystawił: Marcin Bareła, Niebieska Godzina.
22.11.2009
Dick4Dick - "Summer Remains"
Najpierw były ciekawe Srebrne Ballady (2005), potem przyszedł czas na nieokiełznany Szary Album (2008); Zaledwie rok po Grey Album przyszedł czas na Summer Remains. Za cały zestaw odpowiedzialny jest Dick4Dick, Gdańska kapela założona w 2004 roku.
Przyszedł czas na album kompletny. Delikatne ciasto z mocno alkoholowym nadzieniem. Czekolada przyprawiona chilli. Na pewno ukłon w bardziej melodyjne oblicze muzyki, jednocześnie dowód na to, że punk rock oraz dźwiękowe wariacje jeszcze u nas nie umarły. Płyta mogłaby się nazywać Music Remains...
Album powstawał w niecodziennych okolicznościach, w wiejskiej chatce gdzieś na wschodzie Polski. Wpływ sów, kosów i innych ptaszków słychać już na otwierającej zestawienie Burzy a przyroda da jeszcze o sobie znać w 26-minutowym zapisie padającego deszczu o jakże oczywistym tytule: The End Of R'n'R. W międzyczasie dostajemy 13 kipiących dobrą energią kompozycji. Rzeczywiście, słychać sporo naleciałości funkowych, słychać to już w otwierającej Burzę solówce perkusyjnej jakby wyciągniętej ze wstawki Walkabout Red Hot Chili Peppers. Redhoci to w ogóle ważny najwyraźniej zespół dla D4D, Girls Against Period zawiera bowiem klasyczny klangowy bas i funkowe falsetowe zaśpiewy. Jak sprawnie połączyć funk i punk można usłyszeć w Run Run Run, ba - nawet melodyjne, słodkie Hollywood ma silne funkowe akcenty. Słowem funk funk funk...
Fakt, że Polska to nie Kalifornia, a słońce świeci tu rzadziej potwierdza druga połowa Summer Remains. Jeśli Prognozy ocierają się jeszcze o sprawną elektronikę, tak Ballada o Bohaterze to nic innego, jak oparta na pianinie lullaby z gitarowym refrenem. Zanim się rozpada, dostajemy jeszcze optymistyczny, syntezatorowy Cannonade, jeden z nielicznych kawałków wyłącznie po angielsku.
Summer Remains utrzymuje mój słaby organizm i wątpiącego ducha w nadziei, że punk rock w Polsce żyje. Kiedyś Lady Pank, Tilt, potem Hey czy troszkę Edyta Bartosiewicz, a dziś są Dick4Dick i całe szczęście, bo takich dwóch jak ich czterech nie ma ani jednego.
Ocena 5
Wystawił: Marcin Bareła, Niebieska Godzina.
15.11.2009
Pustki - "Kalambury"

Zaledwie rok po znakomitej płycie Koniec Kryzysu Pustki wracają z albumem Kalambury. I znowu zaskoczenie - kolejny stylistyczny odwrót od poprzedniczki. Tej płyty miało nie być, przynajmniej tak początkowo twierdzili wykończeni nad pracą do Końca Kryzysu muzycy. Pustki jak widać ciężkiej pracy się nie boją i w ekspresowym tempie mamy kolejny album.
Album nie do końca premierowy i nie do końca autorski. Kilka piosenek istnieje już jakiś czas w obiegu (Wesoły Jestem, Jakżeż Ja Się Uspokoję, Kalambury), choć zostały nieco odmłodzone na potrzeby zestawienia; natomiast tylko jeden tekst pochodzi od autorów muzyki - Nieodwaga, ze słowami Radka Łukasiewicza. Dla ironii, kawałek ten śpiewa Artur Rojek, więc mamy równowagę. Inny utwór - Notes swoim głosem ozdobiła Kasia Nosowska. Sama płytę opisuje w tych słowach:
"Piosenki są cudowne. Szczerze pisząc, nie jestem w stanie w tej chwili wybrać jednej z nich, bo pewnie o to tu chodzi..."
Ja bym powiedział, że piosenki są dobre - może jedne lepsze, inne słabsze - ale poziom muzyczny, a szczególnie stylistyka utrzymane są mniej więcej na jednakowym, wysokim poziomie. Płyta nie powala wszechstronnością, brakuje swobodnych eksperymentów brzmieniowych znanych z Końca Kryzysu. Ale najwyraźniej takie było założenie - stworzyć szorstką, prostą ilustrację muzyczną do wierszy klasyków poezji (Leśmian, Broniewski, Tuwim, Słonimski). I rzeczywiście, muzyka jest bardzo szorstka. Od niektórych kompozycji aż wieje gitarowym, pulsującym chłodem (Znój, Trawa, Notes); inne łączą gitarowy jazgot z melodią (Wesoły Jestem, Kalambury). Jest jednak jeden utwór, który być może zapowiada nowe, radosne, melodyjne - słowem inne Pustki: kawałek Pożałuj Mnie z tekstem Danuty Wawiłow. Barbara Wrońska śpiewa tu z wyraźną radością i lekkością. Aż chce się do tego wrócić.
"Z poezją byliśmy związani od samego początku - nagranie takiej płyty jak Kalambury było więc tylko kwestią czasu" - piszą we wkładce płyty muzycy. Poeci, można powiedzieć opanowali zespół, dyktując do tekstu warstwę muzyczną. I rzeczywiście - wydaje się, jakby muzyka, miarowa, chłodna, pulsująca powstała pod dyktando tych tekstów, jakby Pustki napisali Kalambury mając zapisany w głowie każdy wers.
Myślę, że jest to udana płyta Pustek, pokazuje ich w nowym wymiarze i z nowymi pomysłami. Jednak osobiście jestem zwolennikiem Pustek znanych z Końca Kryzysu. Tych nieobliczalnych i jednocześnie słodkich Pustek, Pustek gitarowo - eksperymentujących. I takim chyba pozostanę.
Ocena 4
Wystawił: Marcin Bareła, Niebieska Godzina.
9.11.2009
Let The Boy Decide - "Like The Earth, Like The Sun, Like The Ocean In The Night"

Po pięcioletniej przerwie z nowym materiałem powraca ostrzeszowski skład Let The Boy Decide. Zespół powstał
w 2003 roku i ma na koncie debiutancką płytę Counting The Red Stars z 2005. Wiele się wydarzyło od tego czasu, jeśli
liczyć wszelkie roszady składu, w końcu zawieszenie działalności. Na szczęście zespół w nowym wcieleniu powraca ze
świeżym, 10-piosenkowym materiałem opatrzonym niezbyt przyjaznym radiowo tytułem: Like The Earth, Like The Sun, Like
The Ocean In The Night. Producencką rękę przyłożył Przemysław Wejmann, znany z produkcji Terroromansu Much.
Bez zbędnego błądzenia po manowcach języka przyznaję, że Like The Earth... robi całkiem przyzwoite wrażenie. Duch folk
rocka rozpościera się po całym zestawieniu, ustępując to tu to tam klimatom z różnorodnych beczek muzycznych. W jednej
z owych beczek znajdziemy bardzo pomysłowo użytą trąbkę, instrument pracujący tutaj umiarkowanie, ale dodający wiele
uroku utworom River czy Western Eyes. W innej beczce znajdziemy The Deadman - psychodeliczny, niepokojący pejzaż w stylu
dobrego Pink Floyd. The Light Stays Off, najbardziej energetyczny kawałek przywołuje z kolei dziecięce wspomnienia i
najlepsze czasy swobodnej twórczości hipisów. Mamy cudowne rockowe ballady, jak piosenka Behind My Wolf Eyes, jednak
największe wrażenie robi Closer, która startuje niewinnie akustyczną gitarą pokroju Fake Plastic Trees Radiohead, następnie
przechodzi w country-bluesową opowieść, by za chwilę przeistoczyć się w rockowy finał, z cudownymi chórkami i znakomitą
partią gitary Michała Jamrożego. Wszystko okraszone jest ślicznym, bardzo delikatnym i subtelnym głosem Magdaleny Nowety,
którą niewprawiony słuchacz może pomylić z Anitą Lipnicką. Siłą płyty jest jej różnorodność, choć słabszych kawałków tu nie
brakuje. Zespół je skutecznie rekompensuje zmianami rytmu, przejściami i swobodą, dzięki której czujemy, że słuchamy płyty
tworzonej z radością.
Przed zespołem Let The Boy Decide trasa koncertowa. Mam nadzieję, że ludność dopisze, bo naprawdę warto bliżej przyjrzeć
się i przysłuchać temu składowi. Like The Earth, Like The Sun, Like The Ocean In The Night nie jest niczym nowym na
brzmieniowych horyzontach. Ale w tej paczce jest potencjał na tworzenie zarówno eksperymentalnych concept-albumów, jak
i niewinnych, popowych perełek. Czekamy na więcej i powodzenia!
Ocena 4
Wystawił: Marcin Bareła, Niebieska Godzina.
17.10.2009
Kings Of Convenience - "Declaraion Of Dependence"

Pisząc te słowa, trochę bije się z myślami; bardzo chciałbym wystawić "szóstkę" płycie "Declaration of Dependence", jednak moja głęboka sympatia do duetu Kings of Convenience, odpowiedzialnego za tą rzecz nie powstrzymuje mnie przed spojrzeniem prawdzie w oczy.
Prawda jest taka, że 4 album panów Erlend Oye i Eirik Glambek nie zachwyca. Norwegowie rodem z Bergen podają nam jakby drugie danie po kolacji, jakkolwiek lekkostrawne - w przypadku przesytu po prostu nudne. Efektem może być kilka kęsów.
Zaczyna się nieźle - rozmarzony pejzaż 24-25 urzeka lekkością i przestrzenią, leniwa gitara i kojące wokale od razu wprawiają w dobry nastrój, tym bardziej, że to wyjątkowo piękna rzecz. Mrs. Cold wcale nie odstaje jakością od poprzedniczki, po raz pierwszy pojawia się kontrabas, który jeszcze sporadycznie użyczy swojego głębokiego dźwięku. W Me In You usłyszeć możemy na chwilę klawisze, jednak ku mojemu dużemu zdziwieniu - partii pianina jest na tej płycie jak na lekarstwo. Boat Behind znamy już wszyscy z radia - bodaj jedyny numer w którym kontrabas oraz smyczki grają pierwsze skrzypce.
Od Rule My World płyta stopniowo obniża poziom. Zamiast iśc do przodu, Declaration Of Dependence wraca do prostych gitarowych brzmień z kojącymi, harmonijnymi wokalami. A szkoda, bo ten pociąg był już lekko rozpędzony.
Na pewno trzeba pochwalić płytę za typowy, akustyczny klimat, fajne, głębokie teksty i harmonie wokalne. Głosy nie są jakieś przesadnie charakterystyczne, ale jednocześnie brzmią naprawdę dobrze. Jeśli lubicie Simona i Garfunkela lub Damiena Rice – ta płyta zapewne wam się spodoba, pozostałym polecam wsłuchanie się przynajmniej w pierwszą cześć zestawienia. Jako całość jednak Declaration Of Dependence nie przekonywuje.
Ocena 3.5
Wystawił: Marcin Bareła, Niebieska Godzina.
24.03.2009
Starsailor - "All The Plans"

Czekaliśmy na tą płytę 4 lata. Oto jest - Starsailor "All The Plans", czyli czwarte regularne wydawnictwo Brytyjczyków. Po pięknej, debiutanckiej "Lova Is Here" z 2001 roku, każda następna płyta staczała się poziomem muzycznym po równi pochyłej w dół. Czy "All The Plans" ratuje honor Starsailor?
Przyznam szczerze, że jest to zespół, do którego mam ogromne sentymenty, związane z debiutancką "Love Is Here". Ta pełna pięknych melodii płyta miała wpływ na ukształtowanie bez mała moich muzycznych upodobań. Dwa lata później Starsailor postanowił zerwać ze słodkim wizerunkiem zespołu balladowego, tworząc głośny, gitarowy album "Silence Is Easy" Myślę, że to był błąd.
Wróćmy do "All The Plans". Po cichu liczyłem na odejście od stylistyki znanej z ostatnich dokonań grupy. Miałem nadzieję, że Starsailor przestanie hałasem zagłuszać swój własny brak inwencji. Niestety nadzieja jest matką głupich i swoich dzieci nie lubi. "All The Plans" bowiem jest płytą słabą. Po dwukrotnym odsłuchaniu zawartości żaden utwór nie zapadł mi w pamięci; brzmi to trochę jak zlepek jednego, niedokończonego pomysłu poprzecinanego na kilkuminutowe kawałki na potrzeby płyty. Starsailor przestał bawić się muzyką, zamiast tego odgrzewa te same, dodatkowo stare kotlety, próbując zagrzać je w świeżym oleju. Dodatkowo "Tell Me It’s Not Over" pachnie niczym skopiowana "The Hardest Part" Coldplay. Oj słychać, że panowie mają kryzys twórczy, ale najgorsze jest to, że zawartość tego albumu po prostu męczy jak zwycięski bieg maratoński. Najprościej mówiąc - przeciętność.
Żeby nie wyjść na kolejnego krytyka, który jedynie krytykować umie dorzucę optymistycznie na koniec, że jest światełko w tunelu - kończący płytę utwór "Safe At Home"; niemal powrót do korzeni Starsailor. Życzyłbym sobie, żeby grupa wróciła do dawnych dobrych brzmień, tudzież panom: James Walsh, James 'Stel' Stelfox, Ben Byrne, Barry Westhead większego zaangażowania w wielką przygodę, jaką jest oryginalne brzmienie muzyczne. Inaczej Starsailor zginie w tłumie przeciętnych grup grających "pop codzienny".
Nasza ocena:3
Wystawił: Marcin Bareła
23.02.2009
Franz Ferdinand - "Tonight"

Przyznam się bez bicia, że nie czekałem na tą płytę z wypiekami na twarzy; nie śledziłem poczynań muzyków w studiu, nie czytałem co mniej wyrafinowanych portali w poszukiwaniu kąsków w związku z tym właśnie wydawnictwem. Nie zachowałem się jak prawdziwy fan.
Mówią, że 3 płyta jest najważniejsza dla artysty, weryfikuje jego dokonania i jest miernikiem jego prawdziwej wartości. Czy "Tonight" broni się w zestawieniu z dwoma poprzednimi albumami grupy? Odpowiadam – nie.
Od początku czegoś mi tu brakowało. Już zapowiadający "Tonight" singiel "Ulysses" mnie nie przekonał. Alex Kapranos zapowiadał, że jego zamiarem jest stworzyć album, który "będzie miał brzmienie zupełnie inne od wszystkiego, co do tej pory zrobiliśmy". Tymczasem "Tonight" nie różni się stylistycznie od poprzednich dokonań grupy, i nawet gdyby wyciszyć wokal Kapranosa, to nawet największy przeciwnik alternatywy rozpoznał by po kilku taktach, że to Franz Ferdinand. Niestety, obok niezaprzeczalnego podobieństwa do przeszłości, płyta dodatkowo odstaje poziomem od poprzednich. Nawet nie przeszkadza mi tu nieobecność "hitu" pokroju "Take Me Out", zbiór ballad czy dziwny wybór singli. "Tonight" brzmi trochę jak zestaw odrzutów z sesji "You Could Have It So Much Better", tudzież b-sidów z ich poprzednich singli. Po pierwsze, piosenki są zbyt podobne do siebie; po drugie - mam wrażenie, że już to słyszałem. Jakkolwiek płyty słucha się w miarę dobrze, czuje się wyraźnie, jak zapach porannej kawy - brak pójścia z jednym choćby krokiem naprzód, by zrobić z tego zestawu mniej lub bardziej przeciętnych piosenek płytę z pomysłem, a nie zbiór jednorodnych kompozycji. Honor Franza na szczęście ratują jeszcze: zapowiadany na trzeci singiel No You Girl, Send Him Away i What She Came For z genialną gitarowoperkusyjną jazdą na zakończenie. Lucid Dreams też ujdzie, choć nie wiem po co te udziwnienia.
Podsumowując - zdaję sobie sprawę, że ta płyta podoba się wielu i jest polecana przez krytyków. Nie uważam absolutnie "Tonight" za płytę złą. Ale jeśli poszukujecie większych wrażeń, mocniejszych gitar i płyty z alternatywnym pazurem - tego ja z całą odpowiedzialnością za słowa nie znalazłem.
Nasza ocena:3
Wystawił: Marcin Bareła
20.02.2009
Animal Collective - "Merriweather Post Pavilion"

Merriweather Post Pavilion - otwarty obiekt muzyczny usytuowany w tzw. "Lasach Symfonii" w stanie Columbia, Maryland; także tytuł najnowszej płyty Animal Collective, dorosłych już (choć nic na to nie wskazuje) facetów z Baltimore. MPP jest ich ósmym studyjnym albumem, jak sami muzycy podkreślają - "..the best to date.."
Trudno się z tymi słowami nie zgodzić słuchając Merriweather Post Pavilion. 55 minut muzycznego szaleństwa gdzie dźwięki zmieniają się jeden po drugim, tempo raz rośnie, raz maleje a ilość użytych sampli wystarczyłaby na dobrą dyskotekę już na samą myśl przysparza o zawroty głowy. Ale nie - okazuje się, że MPP jest bardzo przystępną płytą Wspólnoty. W końcu doczekaliśmy się albumu głośnego, wręcz kapryśnego momentami, który jednocześnie jest tak przyjazny słuchaczowi. Ilość użytych brzmień i efektów na tej płycie spokojnie pozwoliła by stworzyć z niej kolejną, o zupełnie innym charakterze. Mamy tu tak wiele inspiracji - od ambientu przez reagge po muzykę elektroniczną, czasem ocierającą się o techno - że jest prawdziwą sztuką wyczyn AC, to o czym cały czas tu wałkuję - zgranie, przystępność i spójność Merriweather Post Pavilion. To prawdziwa sztuka stworzyć tak popieprzony ale ułożony w ostatecznym bilansie album.
Aha, nie dam tej płycie egidowej "6", jednakże gdzieś tam pojawia się czasem tęsknota za taką naiwną, dziecinną muzyką bez której świat byłby niewątpliwie uboższy o to coś co nazywamy "spontanicznością".
Nasza ocena:5
Wystawił: Marcin Bareła, Niebieska Godzina.
30.01.2009
Snowman - "Lazy"

Lazy - pierwsze regularne wydawnictwo poznańskiej formacji Showman pojawiło się na niedostępnych pułkach w niezależnych sklepach już w listopadzie 2008. Jednak płyta robi progresywne wrażenie, w związku z tym postanowiłem napisać ten komentarz dopiero teraz.
Kto by pomyślał, że ten zespół istnieje już od 2002 roku, zaliczył takie miejsca i imprezy, jak Gdynia Summer Jazz Days, Malta - Nowe Nurty, Globalbeat czy Festiwal Rockowy w Węgorzewie. Ba - grali nawet kilka koncertów w Niemczech. Ich pole działalności nie ogranicza się do sceny muzycznej, bo współpracują z Teatrem Usta Usta, nawet skomponowali muzykę do niemego filmu "Nosferatu".
Lazy jest płytą nieprzewidywalną. To muzyka dla wymagających. Nie zrobi wrażenia i przejdzie w zapomnienie, jeśli słucha się jej "relaksacyjnie". W tym przypadku tytuł płyty jest mylącym przymiotnikiem, ponieważ nie uchwycimy jej esencji, jeśli nie będzie słuchana w skupieniu. Bo Lazy jest prawdziwą kopalnią dźwięków; czasem ukrytych, czasem ewoluujących, często pojawiających się niepostrzeżenie i znikających równie szybko. I tak: jeżeli posłuchamy uważnie utworu Milky Way, usłyszymy mruczenie kota z towarzyszeniem delikatnej perkusji w tle; Name - Day! zaczyna się niewinnie, by w pewnym momencie z piosenki rockowej przerodzić się w zupełnie ambientowy, progresywny odlot w stylu Karma Police Radiohead, ale w wersji bardziej rozbudowanej; Complain przynosi nam fenomenalną progresywną końcówkę a'la Pink Floyd - Archive a ukryte (nie ma w spisie utworów) Lazy zaskakuje prostotą i pokazuje, że Snowman gra też bardzo sprytnie indie rocka.
Nie uważam jednakże tej płyty za równą, E - Level trochę psuje mi nastrój zbudowany zawartością, natomiast Conbustion Lane jest zbyt mocno przeciętny. Nie jest to płyta przełomowa, nie przełamie żadnego schematu. Ale pochwalmy Lazy za jakość wykonania i wysoki poziom. Chylimy czoła perkusiście Danielowi Karpińskiemu, Grzegorz Książkiewicz jest naprawdę świetnym basistą, ale to, co zrobił z saksofonem Paweł Postaremczak w Advertising Agency przechodzi moje zdolności koncentracji na pojedynczym dźwięku. Oby tak dalej!
Nasza ocena:4,5
7.12.2008
TV On THe Radio - "Dear Science"

Kolejny, czwarty już album Nowojorczyków zachwyca lekkością, przestrzenią, swobodą bytu. Płyta Dear Science słusznie znajduje się wysoko w podsumowaniach angielskich magazynów muzycznych: Uncut i Blender. Myślę, że i u nas ma szansę.
Przyznam, że nie od zaraz poczułem tę muzykę; pierwsze przesłuchanie lekko mnie zniechęciło, być może odruchowo usłyszałem parę dźwięków i uznałem że to nic ciekawego. Myliłem się jednak. Bo to nie jest taki zwykły banan jak ktoś tak chce nazwać. Mieszanina niedbałej elektroniki, znajomych dźwięków indie rocka przyprawiona szczyptą hip-hopowych wariacji komponuje się w bardzo smaczną i strawną brzmieniowo całość. Co jest szczególnie silną stroną Dear Science? Być może brak ciężkich gitar, którymi możemy się szczerze zmęczyć, kiedy na wyspach pojawia się kolejny Arctic Monkeys lub inny Glasvegas. Na pewno. Może podejście do tych piosenek, nonszalanckie, luzackie, ale z tak zwanym "jajem". Może szerokie instrumentarium: trąbki, flety, skrzypce, saskofony, stoły dj'skie, dzwoneczki, sample, glitche.
Fakt faktem: jestem zauroczony tym zestawem przebojowych i nieprzebojowych piosenek, i jeśli ktoś stwierdzi, że jest to słaba płyta- musi być po prostu znudzony muzyką. Bo życzę sobie i wam więcej takich nietuzinkowych propozycji.
Ocena: 5
Ocenił: Marcin Bareła, Niebieska Godzina
23.11.2008
Old Time Radio - "Just Because We Were Wrong"

Słuchając popularnych stacji radiowych, i tego co nam tam zapodają, najwięksi optymiści mogą popaść w marazm I mieć wątpliwości do tego, czy dobry, ambitny pop jest jeszcze u nas możliwy. Konia z rzędem temu, kto byłby w stanie wybrać więcej niż kilka propozycji rocznie zasługujących na to miano. Płyta trójmiejskiego Old Time Radio "Just Because We Were Wrong" ratuje honor polskiego popu i pokazuje wszystkim pseudogwiazdom, że uniwersalność i niezależność połączyć można.
Najnowsza płyta OTR nie odwraca się bowiem od współczesnych trendów, pozostając jednocześnie czymś, czego nie można absolutnie wpisać w żaden schemat. Czy zatem przyjdzie nam się doczekać zepchnięcia z piedestału skrzeczących i krzyczących "megagwiazd"? W to wątpię, ale cieszy mnie ogromnie, kiedy pojawia się na rynku coś co niby jest rynkowe ale jakoś do tego rynku do końca nie pasuje.
Pierwsza kwestia, która od pierwszego przesłuchania nie pozwalała mi oderwać się od głośnika- to piękne melodie. Piosenki "Just Because We Were Wrong", czy "About The Past" to prawdziwe perły delikatnego, subtelnego grania. Szczerze nie pamiętam, kiedy ostatnio coś tak mnie zachwyciło w polskiej muzyce. Myślę że jak posłuchacie to zrozumiecie, więc wszelaki komentarz wydaje mi się zbędny.
Kolejna sprawa - "Just Because We Were Wrong" to przykład perfekcyjnego wyczucia instrumentalnej harmonii, szczególnie "In The Morning". Wszystko w tym utworze jest podane w idealnej proporcji: trąbki, oszczędna perkusja, chórki. Przywołany tu - zdawałoby się egalitarny minimalizm ma sens, bo nie pozostawia niedosytu, przeciwnie - słuchacz jest zachwycony.
Chyba najważniejsze - pasja, cała płyta jest przesiąknięta duchem optymizmu, radości, przyjemności z grania. Kto wie, czy to nie największy sukces Old Time Radio. Przecież radość jest zaraźliwa. Zaiste - słuchając "Just Because We Were Wrong" trudno się nie uśmiechnąć, nawet a może tymbardziej podczas listopadowych mrozów. Życzę wam, byście poczuli się po tej płycie tak samo jak ja.
Wysłuchał: Marcin Bareła, Niebieska Godzina
12.11.2008
Pustki - "Koniec Kryzysu"

Już odsłuchując poprzednią, świetnie przyjętą płytę Pustek "Do Mi No" wiedziałem, że następny album będzie inny. Po świetnym nagraniu Koniec Kryzysu ze składanki "Tribute to Joy Division" wyczuwało się swoistą ewolucję brzmieniową, a właściwie jej początek. Teraz wiem jedno: warto było czekać!
Basia Wrońska, która zajęła się na dobre wokalem wyraźnie wręcz odmłodziła Pustki, jej delikatny, ale głęboki głos sprawdza się zarówno w trudnych, gitarowych utworach jak i balladach. Radek Łukaszewicz, kiedyś jedyny głos Pustek, wspomagany od czasu do czasu przez Basię w chórkach, w przypadku Końca Kryzysu sam się w tych chórkach sporadycznie pojawia. Jak sama Basia wspominała: "Było to wyzwanie i pewnie nie spodobało się wielu osobom". Basiu: nam się podoba!
Były główny wokalista czyli wspomniany Radek Łukaszewicz skupił się na swoich, często genialnych partiach gitarowych, co jest kolejnym plusem owego przetasowania ról w zespole. Żeby to jeszcze było zwykłe granie - Radek po prostu na tej płycie błyszczy, wykorzystując zarówno tradycyjny sposób korzystania z tego instrumentu, jak również wszelkie fuzzy, przestery i efekty elektroniczne. Mamy takie efekty choćby w "Jesień Przyszło Mi Zwariować" czy "Czerwonej Fali". Swoją drogą - nie wiem czy ktoś ostatnio tak doskonale zbliżył się do - moim zdaniem - klasycznego brytyjskiego, bądź, jak sam zespół określa - "kraut" rockowego brzmienia, czyli tzw. rocka kapuścianego.
Jedno wiem na pewno: tak jak Pustki nie gra w Polsce obecnie nikt, nie ma bata, ba - wątpie czy kiedykolwiek ktoś zaprezentował taki poziom sceny alternatywnej, gdzie często spotykamy mdłe i zasłyszane tematycznie gitarowe kakofony lub słodkie ballady śpiewane po angielsku. Tego na Koniec Kryzysu nie ma. Jest po polsku, jest bardzo różnorodnie - są smyczki, pojawia się kontrabas, wiolonczela, skrzypce, jest nawet automat perkusyjny. Mamy piosenki i smutne: Nuda, Atrament i wesołe: Niezdrowy Rozsądek, zarówno progresywne: Jesień Przyszło mi Zwariować jak i ballady: Nie Zgubię Się w Tłumie. Właściwie wszystko co zawiera słownik najważniejszych form muzycznych. Gdy dorzucimy inteligentne, traktujące głównie o relacjach międzyludzkich teksty, mamy bardzo ciekawą, nietuzinkową całość, pokazującą Pustki jako zgrany zespół, który zaspokoi potrzeby najbardziej wymagającego słuchacza. Tego wam życzę drodzy Egidosłuchacze!
Uwagi: dwain@poczta.fm
Nasza ocena:5
1.04.2008
Radiohead - "In Rainbows"

Doczekaliśmy się kolejnej płyty genialnych Anglików i szczerze przyznam - powaliła mnie na kolana.
Niesamowity jest Radiohead w swojej konsekwencji bycia niekonsekwentnym. Otóż mamy kolejny, zupełnie inny
album.
Inny, bo jeszcze tak "pogodzonego" ze światem i z samym sobą Yorka nie słyszeliśmy. Inny, ponieważ porównując płytę z poprzednimi -
eksperymentalnymi, skomplikowanymi i często szorstkimi propozycjami- In Rainbows jest niemal kojąca, relaksująca, pozwalająca się słuchać, nie wymagając skupienia jednocześnie. Nie słyszałem jeszcze tak oszczędnej aranżacyjnie płyty Radiohead. Owszem, niektóre utwory są niepokojące, jak 15 step czy Bodysnatchers, przypominające to trochę 2+2=5, to There There z Hail To The Thief, jednak to właśnie ten charakterystyczny, destrukcyjny klimat zespołu przeszedł ewolucję w coś co można nazwać swobodnym spadaniem. Także teksty są inne, nie traktują tak bardzo o wojnie i prezydencie Stanów Zjednoczonych (Hail To The Thief), nie wkraczają w klaustrofobiczne przerażenie (Ok Computer)- York wypośrodkował emocje dodając nawet element miłosny w All I Need is House Of Cards, co nie często mu się zdarza. Jednak większość tekstów jak zwykle nie jest łatwa i wymagają one większego zamyślenia. Kwintesencją są słowa Videotape, gdzie Thom żegna się ze światem, ale jest to zarazem "jego najdoskonalszy dzień jaki widział". Tragedia z happy endem.
Muzycznie nie ma się do czego przyczepić, ktoś zamruczy że znacznie lepsza jest druga część płyty, wg. mnie całość jest idealnie zgrana pod względem doboru utworów. Jeśli ktoś ma wątpliwości przy pozornie nudnym Nude- od razu dostaje ścianę dźwięku w Weird Fishes, przy okazji genialny koniec:), potem nadchodzi przepiękna ballada, tak ballada, All I Need i w dodatku o miłości! Faust ARP przypomina mi Beatlesów z Białego Albumu i zawiera cudownie zaaranżowaną orkiestrę smyczkową, House of Cards jest prosty aż do bólu ale uroczy no i Jigsaw- jeśli brakowało Wam akustycznych gitar, to tu mamy ich 3 jak na Knives Out. Jeszcze słowo o wokaliście - Thom zdumiewa mnie zawsze barwą głosu, nikt nie śpiewa tak wysoko, tak czysto i tak głęboko, że łza - chcąc nie chcąc - pojawia się w kącikach oczu. Piękny, krótki album. "THIS WILL BE ON MY VIDEOTAPE..."
Nasza ocena:5,5
3.03.2008
Novika - "Tricks Of Life"

Utwory:
1. Depend On You
2. Tricks
3. Movie Girl
4. One Day Friend
5. See - Saw
6. So Full
7. Common Tear
8. California Dreaming
9. Mikawa Miya
10. First Lesson
11. Silence Is Pure
Mimo, że za warstwę muzyczną płyty odpowiedzialnych jest wiele osób, Novika wcieliła się w rolę producenta całości albumu, czuwając nad jego koncepcją, udziałem gości, muzyków, asystując przy każdym miksie. Kasia jest też autorką wszystkich tekstów, które odgrywają tu istotne znaczenie.
Rzeczywiście wsłuchując się uważnie w angielskie słowa artyski możemy dostrzec pewien sposób postrzegania rzeczywistości. Relacje kobieta-mężczyzna czy próba radzenia sobie z trudnościami życia to jej główne źródło twórcze. Jakkolwiek oklepane- inspiracje owe dają bardzo dobry, zaskakujący efekt czego przykładem niech będzie owy fragment:
coz falling in love is tricky...
it seems that no simple things can stand in the way
until it's time to compromise
nothing is like it used to be
how come that's a fact that love and freedom
don't go together
and that's the trick of life
Analizując w głowie te niby proste słowa, przekonujemy się że Novika to dojrzała i kreatywna 'pisarka'.
A co do samej muzyki- tutaj z pozoru leniwa, lekka całość serwuje nam po drodze nieco żywotniejszych elementów jak wspomniane Tricks of life- mieszanka laptopowej elektroniki i jazzu, zaczerpane z Matthew Herberta; nieco słabszy ale szybszy fragment: See-Saw, jedyny bodaj moment, gdzie płyta zbliża się do konwencji rocka; Common Tear- przypominające nieco dokonania Porcupine Tree- Lazarus z cudowną partią harfy Kasi Kolbowskiej; czy Mikawa Miya- społeczne spojrzenie na Japonię.
Jednak dominuje chillout, który co chwila łagodzi wszelakie mocniejsze wyskoki: Movie Girl, czyli niezastąpiona ręka Smolika; So Full- efekt tradycyjnej współpracy z A. Rojkiem; świetnie zremiksowane California Dreaming i kwintesencja płyty- Silence is Pure, czego nie powstydziłaby się żadna pianistka z Tori Amos na czele.
Novika jest otwarta- słychać że słucha i Roisin Murphy i Travisa i jazzu i hip-hopu. Albo jeśli nie słucha to w niej to słychać, i w sumie nie przeszkadza mi udział tylu gości- to właśnie dzięki nim mamy taką przyjemną podróż w świat zaczarowanej walizki Noviki:)
Nasza ocena:-4
1.12.2007
MUM - "Go Go Smear the Poison Ivy"

Materiał na płytę "Go Go Smear the Poison Ivy" powstawał w różnych miejscach, m.in. w dawnej szkole, na zachodzie Finlandii czy w rybackim mieście Ísafjörđur w Islandii. Nie wszystkie kompozycje są nowe. Jeden z utworów powstał podczas sesji do albumu "Yesterday Was Dramatic, Today Is OK". Jest to pierwsze wydawnictwo zespołu, odkąd jego szeregi opuściła Kristín Anna Valtýsdóttir.
Utwory:
1. Blessed Brambles
2. Little Bit Sometimes
3. They Made Frogs Smoke Till They Exploded
4. These Eyes Are Berries
5. Moon Pulls
6. Marmalade Fires
7. Rhuubarbidoo
8. Dancing Behind My Eyelids
9. Schoolsong Misfortune
10. I Was Her Horse
11. Guilty Rocks
12. Winter (What We Never Were After All)
Kiedy pierwszy raz usłyszałem ciekawie nazywający się zespół MUM, moje pierwsze skojarzenie padło na Sigura Rosa. Jak się miałem wkrótce przekonać- nie do końca słuszne. Mum tylko z pozoru podąza ścieżką wspomnianego Rosa czy Bjork. Ta muzyka jest z każdej strony tak przytłaczająco niecodzienna, ekstrawagancka- nie boje się tego użyć, że wymyka się jakimkolwiek szufladkom czy schematom.
Wszystko zaczyna się od Blessed Brambles- lekkiej, wręcz optymistycznej, przechodzi w sprytne Little Bit Sometimes i dochodzi do singla z płyty- o przedziwnie brzmiącym tytule który zawiera w sobie oryginalne, "antenowe" brzmienie. Czujemy się jak w kosmosie. Potem jest taki bardzo przyjemny moment kiedy pojawiają się kolejno po sobie bardzo piękne, zgrabne i niezbyt, jak na Mum długie utwory z cudownym Marmalade Fires na czele. I tu zaczyna się jakby druga, instrumentalna część płyty, gdzie głosy ludzkie będą odgrywały rolę epizodyczną. I tak dochodzi do Winter który jest adekwatnym tytułem do opisania płyty. Tytko że zima w wydaniu Mum jest jakby ciepła, czarująca, kojąca swym pięknem i magią niczym święta. Polecam serdecznie.
Nasza ocena:5
28.01.2007
The Good, The Bad & The Queen - "The Good, The Bad & The Queen"

Z tym zespołem jest jak z Realem Madryt - galaktyka gwiazd zebrana po to, żeby rządzić i dzielić w footballu, a okazało się, że zbyt dużo indywidualności sobie przeszkadza. W TGTB&TQ są cztery gwiazdy (plus producent, gwiazda nie mniejsza), które mogłyby stworzyć nową jakość, a ich dzieło niestety nie sprostało oczekiwaniom słuchaczy (kibiców). Damon Albarn chciał może i przyćmić swoje dokonania z Gorillaz, ale wyszła mu kopia tamtych nagrań. Kopia, jak wiadomo, choćby najlepsza, zawsze będzie porównywana do oryginału. Pierwsza myśl, jaka przychodzi do głowy, to brak przebojów, od razu porywających do nucenia (jak choćby "Clint Eastwood" czy "Dare"). Jednak wcale nie znaczy to, że na płycie brakuje dobrych utworów: piosenki znane z singli ("Kingdom of Doom", "Herculean") czy kilka innych melodii ("History Song", "Northern Whale", świetne "Nature Springs" z gwizdaniem rodem z filmów Sergio Leone – w końcu nazwa zobowiązuje) to bardzo dobre propozycje. Właściwie cały album ma swój mroczny, cmentarno-pastiszowy klimat (brawo dla producenta Danger Mousa), ale to już gdzieś było. Co do instrumentalistów, najbardziej szkoda świetnego perkusisty Tonego Allena, którego prawie wcale nie słychać. Owszem, jest miażdżący bas Paula Simonona (The Clash), Damon wyżywa się na wszelkiego rodzaju klawiszach, Simon Tong (The Verve) brzdąka na gitarach, ale Tony najwyraźniej nudzi się grając prościutkie, rodem z automatów perkusyjnych, rytmy. Dopiero w ""Three Changes"" pokazuje, na co go stać.
Jeżeli z The Good, The Bad & The Queen jest jak z Realem Madryt, to jedno jest pewne: być może nie każdy mecz (piosenka) to efektowne zwycięstwo, ale i tak ogląda (słucha) się ich z dużą przyjemnością.
Nasza ocena:4
Skomentuj
6.11.2006
The Long Blondes - "Someone to Drive You Home"

Nowy trend we współczesnej muzyce - więcej kobiet niż mężczyzn w zespole muzycznym - wreszcie osiąga wysoką jakość wykonawczą. Po udanych nagraniach CSS i New Young Pony Club, wreszcie doczekaliśmy się świetnej płyty długogrającej. Ukazujące się właśnie "Someone to Drive You Home" brytyjskiej grupy z Sheffield The Long Blondes (Kate, Reenie i Emma jako przedstawicielki płci pięknej oraz Dorian i Screech - płeć "piękna inaczej") to doskonała płyta łącząca wszystko to, co dzieje się ostatnio na rynku muzycznym. Popowe melodie? Proszę bardzo, utwory zaczynają chodzić po głowie już po kilku przesłuchaniach ("Once And Never Again", "Separated By Motorways", "Weekend Without Makeup" itd.), trudno przy nich nie tańczyć czy nie skakać - jak kto woli. Gitary? Jak najbardziej, przyjemnie brudne i zadziorne. Teksty? Lekkie, może niezbyt zobowiązujące, ale bardzo kobiece. W dodatku wokal - wysoki, charakterystyczny, brzmiące momentami jak Morrissey w spódnicy. A co najważniejsze, całość ma styl i lekkość, czego niektórym zespołom brakuje. Wysokiej klasy pop (a u nas ciągle alternatywa i nisza) jako połączenie Joy Division, Pulp i Abby. Nie spodziewałem się tak dobrej płyty. Brawo!
Nasza ocena:4,5
20.10.2006
The Killers - "Sam's Town"

Chciałbym klęknąć przed głośnikami i krzyczeć - "To najlepsza płyta tego roku!". Chciałbym, ale nie mogę. Jestem rozczarowany, ale na pewno mniej niż kilka dni temu, kiedy przesłuchałem ten album po raz pierwszy - wtedy mój gniew sięgnął zenitu. Ale po kilku przesłuchaniach stwierdzam, że nie jest aż tak źle. Jednak to wciąż nie ci The Killers, których pokochałem w 2004 roku za genialny debiut "Hot Fuss".
Najpierw był wspaniały singiel - "When You Were Young" wyostrzył mój apetyt maksymalnie. Porywające, szybkie granie, przejmujący tekst, wspaniały teledysk. Całość płyty nie wytrzymała tego porównania. Na początek "Sam's Town" - tytułowe nagranie może nie wgniata w fotel, ale jest całkiem przyzwoite. Potem singiel, ciekawe "Bling (Confession of a King)" (z nieznośnym wstępem) - chyba drugi najlepszy utwór na albumie chłopaków z Las Vegas. "For Reasons Unknown" i "Read My Mind" też nie są najgorsze. "Uncle Johnny" to numer trzy - przyzwoite, Killerowe granie z mocnymi gitarami i fajnie wpisującą się w to elektroniką. Potem jest tragedia - "Bones" z klawiszami z disco-polo i tekstem, który mógł spłodzić Robert Gawliński. "My List" zaczyna się lubić dopiero w ostatniej minucie, a "Why Do I Keep Counting?" to żywa kopia utworu "All These Things That I've Done" z "Hot Fuss". Są też jakieś pseude-metaforyczne dyrdymały o dzikiej rzece ("The River Is Wild") i pseudo-beatlesowski koniec ("Exitlude"), który po kilku przesłuchaniach wydaje się nawet sympatyczny.
Szkoda, że członkowie The Killers zamienili markowe ciuchy na kowbojki i jeansy, a inspiracje muzyczne z Duran Duran i The Cure na połączenie wczesnego Depeche Mode z kicz-metalem lat 80. Denerwują mnie na "Sam's Town" pretensjonalne wstępy do utworów, nieprzyjemne brzmienie klawiszy i głupkowate teksty. Tylko tyle i aż tyle. Szkoda, że te wpadki tak wpływają na odbiór całkiem niezłej reszty.
Nasza ocena:3,5
7.05.2006
Gnarls Barkley - "St. Elsewhere"

Na tej płycie udało się połączyć kilka światów: muzykę komercyjna z niezwykłym artystycznym sukcesem, nowe brzmienia elektroniczne z tradycją gospel, bluesa i funky, taneczne rytmy z niezwykle urokliwą aranżacją. Krytycy już mówią o nich jako o nowym Outkast czy Gorillaz. Kim są Gnarls Barkley? To producent Danger Mouse i raper Cee-Lo Green. Raper ma niezwykle chcarkaterystyczny, skrzekliwy głos, świetnie sobie radzi ze śpiewem w stylu soul czy gospel, jak i z delikatnym mruczeniem. Producent zrobił kawał genialnej roboty, dzięki której album brzmi świeżo, czysto i ciepło. Można tańczyć, można się zrelaksować, a po pierwszym przesłuchanie melodie zaczynają same powracać w głowie. Na pierwszy ogień poszedł kawałek "Crazy", katowany przez telewizje muzyczne i radiostacje do znudzenia - to może przerażać, że komercja itd., ale nic bardziej mylnego: płyta spodoba się każdemu wyczulonemu na nowe granie, wrażliwemu słuchaczowi. Ja właśnie kolejny raz udaję się do Świętego Gdzieindziej, co zalecam również Wam.
Nasza ocena:5,5
29.04.2006
Gotan Project - "Lunatico"

Druga płyta paryskiego trio przypadnie do gustu wszystkim tym, którzy pokochali debiut tego zespołu, wspaniałe "La Revanch del Tango". Album jest hołdem dla Carlosa Gadela, tworzącego w latach 30. króla tanga i flamenco. Muzyczna mieszanka odległych czasowo brzmień ze współczesną elektroniką wypada zachwycająco pięknie, melancholijnie i odrobinę niepokojąco, a nad całością unosi się charakterystyczny dźwięk bandeonu. Na płycie pojawili się świetni goście: Calexico ("Amor Porteno"), Juan Carlos Cacares ("Notas") czy argentyńscy raperzy z grupy Koxmoz ("Mi Confesion"). Muzycy Gotan Project nagrywali "Lunatico" w Buenos Aries - nigdy tam nie byłem, ale dzięki tej płycie można się tam przenieść i zamykając oczy udać się w gorący, pogodny wieczór na spacer ulicami tego miasta.
Nasza ocena:5
26.03.2006
Mogwai - "Mr. Beast"

"Pan Bestia" to tytuł przewrotny: jeżeli spodziewacie się krwawiących od ściany gitar uszu, możecie być rozczarowani. Piąty studyjny album szkockich post-rockowców z Mogwai jest propozycją raczej relaksującą, z dwoma wyjątkami. Pierwszy to świetny "Glasgow Mega-Snake", który rozwija się powoli w gitarową kanonadę, drugi to kończący album "We're No Here", chaotyczny i przyciężkawy utwór. Wydaje się, że po dwóch poprzednich płytach ("Rock Action" i "Happy Songs For Happy People”") chłopaki chcieli przypomnieć skąd się wzięli, a jednocześnie pozostać wierni minimalistycznym brzmieniom i elektronice. Wyszło to wszystko średnio i mało przekonująco. Są niezwykle ciekawe eksperymenty, jak brzmienia country ("Acid Food", "Travel is Dangerous"), ale zabrakło pasji i lekkości. Cieszy mnie, że znowu ktoś na płycie śpiewa i to jeden z pozytywów. Boje się tylko, że dość szybko zapomnimy o tych utworach. A kto chce sprawdzić, czy muzyka Mogwai może powalać gitarowym ogniem i hałasem, musi udać się na koncert.
Nasza ocena:3,5
Skomentuj
Placebo "Meds"

Powracają po paru latach przerwy, niektórzy zdążyli się za nimi stęsknić. Ja trochę też, ale nie oczekiwałem całkiem odmienionej grupy, z nową propozycja muzyczną. Placeb to już kalsyka, płyta "Without You I’m Nothing" to kanon. Czy mogło być lepiej? Raczej nie. Poziom albumu jest równy, jest kilka perełek (otwierający duet z VV "Meds", zadumane "Follow The Cops Back Home", cudowna kulminacja "Song To Say Goodbye"), ale też są piosenki-nieporozumienia ("Pierot the Clown", który odrzuca od razu). Ale średnia płyty jest całkiem niezła. Nie będę potępiał Placebo za tą płytę, nie padnę na kolana. Doceniam poszukiwana nowych brzmień, zaskakujące duety (Michael Stipe) i być może niedługo wykluje się z tego coś zupełnie nowego. Na razie - jest solidna trója z plusem.
Nasza ocena:3,5
10.02.2006
Sway - "This Is My Demo"

Sway, czyli Derek Safo, lub jak sam woli - Sway DaSafo, to kolejny ważny artysta zajmujący się szeroko pojętym hip-hopem w Wielkiej Brytanii. "To moje demo!" może buńczucznie powiedzieć Sway - sam skomponował wszystkie utwory, sam je wyprodukował, wydał własnym sumptem. Płyta sprzedaje się świetnie - trudno się dziwić, to najoryginalniejsza pozycja tego gatunku jaką słyszałem od debiutu The Streets. Derek rymuje szybko, ciekawie i co najważniejsze zabawnie. Warstwa tekstowa zawiera dużą dawkę ironii i prześmiewczego humoru (w "Hype Boys" dostaje się Busta Rhymes, Jamiroquaiowi i M.I.A.), ale Derek potrafi śmiać się także z siebie ("Little Derek", "Flo' Fashion"), a skity na płycie są doskonałe (kpina z Kofie Anana, z brytyjskich list przebojów)! Sway to nie tylko prześmiewca, ale uważny obserwator - "Pretty Ugly Husband" to wstrząsający utwór o przemocy w rodzinie, prawie w każdym utworze pojawiają się też społeczne obrazki z życia w Wielkiej Brytanii. Artysta daje też wyraz swojego - i nie tylko – kompleksu wobec amerykańskiego hip-hopu (""Little Derek"": ""When You Do the UK Rap You're No. 2"") i mam wrażenie, że coś w tym jest: brytyjski hip-hop jest na tyle charakterystyczny i inny od tego, co robią ich koledzy za wielką wodą, że prawdopodobnie nigdy nie sanie się tak masowo popularny. Mnie jednak nigdy Amerykański rap czy R&B nie przekonywał, a brytyjskie produkcje z tej półki mają w sobie to COŚ. Byli The Streets, Roots Manuva, The Mitchell Brothers, M.I.A. - teraz przyszedł czas na Swaya.
Nasza ocena:4,5
Skomentuj
Clap Your Hands Say Yeah - "Clap Your Hands Say Yeah"

O tej grupie mówi się dobrze w Stanach od połowy ubiegłego roku, w Europie od jesieni, ale na prawdziwy debiut na
naszym kontynencie musieli czekać do stycznia 2006. Wtedy to nakładem brytyjskiej wytwórni Wichita ukazał się debiutancki
album nowojorczyków z Clap Your Hands Say Yeah. Warto było czekać, bo płyta jest znakomita i świetnie wpisuje się w
koloryt tamtejszego rynku muzycznego i tego miasta. Być może o zespole nie byłoby tak głośno gdyby nie wokalista
i gitarzysta Alec Ounsworth, którego maniera śpiewania w stylu Davida Byrna na początku trochę drażni, ale po chwili
sprawia po prostu czystą radość słuchania. Krytycy piszą o połączeniu Talking Heads z The Arcade Fire – proporcje
pomiędzy grobową atmosferą a nastrojem zabawy sa tu wyrównane. Piosenki są świetne, poprawnie skomponowane, melodyjne i
rytmiczne, ale ostatnio takich mamy na pęczki. To, co wyróżnia CYHSY od innych to właśnie TEN głos.
Płyta jest krótka i generalnie nie ma słabych utworów, do jazdy obowiązkowej zaliczyć należy "Let The Cool Goddess Rust Away",
"Over And Over Again", "Heavy Metal", "In This Home on Ice" oraz "Upon This Tidal Wave of Young Blood". Choć grałem już
tą muzykę w swojej audycji w ubiegłym roku, teraz na fali europejskiego wydania warto do niej powrócić.
Nasza ocena:5
Calla - „Collisions”

Zupełne przeciwieństwo tego, co mnie ostatnio w muzyce pociąga: ciemne, melancholijne granie, odrobinę znudzonych
chłopaków. Czwarta płyta w dorobku nowojorczyków z Calla zupełnie nie pasuje do trendów dzisiejszego indie-pop czy
indie-rock. I być może również przez to, że wokół jest taka nieprzyjazna aura pogodowa, mało komu chce się wejść w
mroczną aurę wytworzoną na płycie "Collisions". Jest na tym wydawnictwie coś z najbardziej ponurych nagrań Radiohead,
ale brak mu trochę błyskotliwości i przebojowości. Singlowe "It Dawned On Me", "Play Dead" z porywającym riffem,
mocne "Testify" oraz natchnione "Overshadowed" to najlepsze momenty tej płyty. Reszta natomiast w miarę słuchania robi
się coraz bardziej monotonna. Warto jednak dać grupie Calla szansę, wsłuchać się w ukryte w poszczególnych utworach
smaczki, tamburyn, organy czy harmonia, zakamuflowane pod masą posępnej atmosfery. Nasza ocena:3,5
Belle And Sebastian - "The Life Pursuit"

Są takie płyty, którym można po pierwszym przesłuchaniu przypisać jakieś określenie - dla mnie szósta płyta szkockiej grupy Belle And Sebastian to "muzyka poranka". Nie jest to zwykły poranek, ale rześki, radosny i pełen miłości początek dnia zakochanej pary. Może brzmi to prosto i banalnie, ale taka jest właśnie muzyka na płycie "The Life Pursuit". I nie jest to żaden zarzut! Proste i zarazem urzekające melodie z wesołym, niewinnym głosem Stuarta Murdocha sprawiają wrażenie nierealnego piękna schowanego w
codziennym, otaczającym nas świecie. Akustyczne brzmienia rodem z muzyki country, gitarowe akordy pełne radości i odrobina tandetnej elektroniki lat 80. tworzą mieszankę wybuchową. Takie utwory jak "The Blues Are Still Blue", "Funny Little Frog" czy "For The Price Of A Cup Of Tea" to murowane hity, a zarazem najpiękniejsze piosenki jakie słyszałem od pewnego czasu.
Jest w muzyce Belle And Sebastian, najpopularniejszego zespołu Szkocji 2005 roku, jakaś cudowna naiwność, której naprawdę trudno się oprzeć. I aż dziw bierze, że ta grupa jest tak słabo znana w Polsce. Indie-pop żyje i ma się wyśmienicie.
Nasza ocena:5
Arctic Monkeys - "Whatever People Say I Am, That's What I'm Not"

Pierwsza wyśmienita płyta nowego roku, przez New Musical Express już obwołana najlepszym albumem 2006. Faktycznie, jest czego słuchać: melodyjne piosenki, może i surowo zaaranżowane, ale pełne siły i wigoru. Płytę zapowiadał już w ubiegłym roku świetny singiel "I Bet You Look Good On A Dancefloor" - podobnych killerów na płycie jest więcej: od rozpoczynającego "The View From The Afternoon", przez "Fake Tales of San Francisco", drugi singiel "When The Sun Goes Down" po ostatni "A Certain Romance". Właściwie nie ma na tym albumie słabszej piosenki, większość nadawałaby się spokojnie na przeboje.
Wytwórnia Domino znowu, po Franz Ferdinand i The Kills, trafiła na żyłę złota. Płyta kwartetu z Sheffield, czerpiącego pełnymi garściami z dokonań The Smiths, The Clash i The Jam będzie sprzedawała się w setkach tysięcy egzemplarzy. Arctic Monkeys - nowe gwiazdy brytyjskiej alternatywnej sceny gitarowej.
Nasza ocena:5,5
Richard Ashcroft - "Keys To The World"

Jestem zły i to bardzo. Kolejny raz nabito mnie w butelkę i zrobiła to ta sama osoba. Nowa płyta Richarda Ashcrofta, "Keys To The World" rozczarowuje - delikatnie mówiąc. Zapowiadał ją całkiem przyjemny singiel - "Break The Night With Colour". Poza tą piosenką, utworem tytułowym i ciekawie zaaranżowanym kawałkiem "75 Degrees" na tej płycie wieje nudą. Dominują spokojne (żeby nie powiedzieć nudne) piosenki, polane sosem instrumentów smyczkowych (mdłym do obrzydliwości), w większości nieciekawe i napisane bez polotu. Dlaczego zostałem oszukany drugi raz? Z poprzednią płytą, "Human Conditions" było podobnie - niezły singiel, a poza tym cienko. Trzecia płyta lidera nieistniejącego zespołu The Verve to zwykły bubel.
Nasza ocena:2
The Strokes - "First Impressions of Earth"

W 2001 roku obwołano ich zbawcami rock'n'rolla - to od nich zaczął się powrót do brzmień lat 70 tych, krótkie płyty, niegrzeczny wygląd młodych chłopców. "Is This It?" była przełomem. Potem był słabszy album "Room on Fire" (2003) i oczekiwaliśmy na trzeci, ponoć najważniejszy album w karierze każdej grupy. Czy jest jakaś drastyczna zmiana? Nie, The Strokes grają po swojemu, ale radośniej i jaśniej niż na poprzedniej płycie. Początek jest naprawdę dobry: "You Only Live Once" i singlowy "Juicebox" to piosenki najwyższej klasy. Połowa płyty łatwo wpada w ucho, melodie chodzą po głowie już po pierwszym przesłuchaniu. Niestety, potem robi się monotonnie. Chłopcy z Nowego Yorku zapomnieli, że lepiej pozostawić niedosyt, niż przesyt.
Szkoda, że mało oryginalnie, szkoda, że za długo.
Nasza ocena:3,5
ocenia Maciek Michalski
Kult "Poligono Industrial"

No i mamy kolejną płytę zespołu młodzieży polskiej KULT. Wszyscy fani wytrwale czekali aż 4 lata na
nowy krążek macierzystego zespołu Kazika, po drodze dostając niezbyt ciekawy singiel "Kazelot". Gdy
kupiłem sobie ów singiel na jednej z pomarańczowych tras byłem pełen niepokoju i lęku. Jak będzie
wyglądać nowa płyta? Czy nie lepiej dla KULTU byłoby gdyby nic nie nagrywał? Takie pytania
zadawałem sobie do 5 grudnia 2005. Nowy album zmienił mój światopogląd. Uważam, że płyta "Poligono
industrial" jest o niebo lepsza od poprzedniej płyty "Salon recreativo". Warto było męczyć się i
pocić w studiu przez 8 miesięcy, aby później nagrać takie utwory jak: "Bracia", "Pan Pancerny" czy też
promocyjny(bardzo kultowy) utwór "Kocham Cię a miłości swoją". Płyta jest dobra, ale nie przebije
takich dzieł jak "Spokojnie", "Tata Kazika" czy też "Tata 2". Bardzo ciekawy muzyczny poligon
eksperymentalny, ale to chyba w dużej mierze zasługa Krzysztofa Banasika.
Nasza ocena:4+
ocenia Radek Folta
Różni wykonawcy "Tribute to Partia"

Płyty z cyklu "Tribute to..." powstają zazwyczaj dedykowane wykonawcom bądź grupom leciwym, które wpłynęły na kolejne muzyczne pokolenia. Partia to właśnie taki przypadek: choć zespół to młody, to od dwóch lat nieistniejący (zastąpiły go Komety), a wpływ na granie innyc zespołów wywarł istotne. W dziesiątą rocznicę założenia Partii wytwórnia
jimmy jazz wydała album, na których dwudziestu czterech (!) młodych polskich wykonawców gra po swojemu kawałki Lesława i kolegów. Z różnym skutkiem - bywa lepiej (np. Pustki, Klarknova, The Headhunters, Happysad, The Analogs, Vespa, Stan Zvezda), momentami bywa gorzej (np. Nowy Świat, Beri Beri), ale znakomite utwory Partii naprawdę trudno zepsuć. Choć to nierówna płyta, jak często ze składankami bywa, słabsze piosenki nie psują dobrego wrażenia całości. Szkoda tylko, że tak niewielu wykonawców postanowiło "pobawić się" dźwiękami kultowej Partii. Dla fanów grupy i wszystkich interesujących się rodzimą alternatywą - pozycja obowiązkowa.
Nasza ocena:4
Mylo "Destroy Rock'n'Roll"

Niestety, po raz kolejny doświadczamy na swojej skórze ułomności polskiego rynku muzycznego.
12 grudnia ukazała się u nas płyta, która w 2004 roku na Wyspach została okrzyknięta wydarzeniem rynku muzyki tanecznej.
Nie bójcie się, to żadna rąbanka. Mylo, czyli Myles MacInnes, DJ i producent, wyciąga z otaczającej go przestrzeni
muzycznej najlepsze składniki i tworzy z nich układankę, może nie oryginalną, ale świeżą, porywającą i doskonale
wpadającą w ucho. Jest disco, techno, house, pop lat 80., melodyka Duran Duran. Jego twórczość można porównać do
Daft Punk, Lemon Jelly czy Toma Veka, a Mylo mówi o sobie, że jest Szkocką odpowiedzią na Royksopp.
"Drop The Pressure", "Destroy Rock & Roll", "In My Arms" - to największe przeboje z tej płyty. Polecam
wszystkim wyczulonym na wesołe, taneczne, pozbawione banalności rytmy.
Nasza ocena:5
Bloc Party "Silent Alarm"

Długo czekaliśmy na tą płytę w Polsce, bo aż dziesięć miesięcy. Wreszcie jeden z najlepszych albumów 2005 roku
ukazał się u nas, a według opiniotwórczego magazynu New Musical Express - numer 1. Styl muzyczny grupy
Bloc Party to wypadkowa wielu wpływów: zadziorność punk i grunge, rytmika muzyki tanecznej, melodie w stylu pop.
Do tego charyzmatyczny wokalista, pochodzący z Nigerii Kele Okereke. "Silent Alarm" jest płytą niezwykle
porywającą, momentami mocną, głośną, chwilami wyciszoną i niepozbawioną refleksji, a przez cały czas rytm sprawia,
że tupiemy miarowo nóżką. Gorąco polecamy!
Więcej o Bloc Party znajdziesz tutaj.
Nasza ocena:5,5
::do góry
|