MENU
Strona główna
Ramówka
Audycje
Ludzie
Rekrutacja
Galerie
Recenzje
O Radiu
Lista "21 naj"
Linki
GADU GADU
Słuchaj nas
Recenzje autorstwa redaktorów Radia "Egida"
Najlepiej, najdalej, najwyżej. Oto dział poświęcony recenzjom przygotowywanym przez redaktorów Radia "Egida". Znajdziecie tutaj nasze subiektywne oceny nowych płyt i filmów.
Skala ocen odpowiada tej znanej ze szkoły, rozpina się od 1 do 6: 1 - dno, 2 - fatalne, 3 - ujdzie, 4 - dobrze, 5 - bardzo dobre, 6 - rewelacja.
Muzyka
12.11.2008

Pustki"Koniec Kryzysu"


Już odsłuchując poprzednią, świetnie przyjętą płytę Pustek "Do Mi No" wiedziałem, że następny album będzie inny. Po świetnym nagraniu Koniec Kryzysu ze składanki "Tribute to Joy Division" wyczuwało się swoistą ewolucję brzmieniową, a właściwie jej początek. Teraz wiem jedno: warto było czekać!
Basia Wrońska, która zajęła się na dobre wokalem wyraźnie wręcz odmłodziła Pustki, jej delikatny, ale głęboki głos sprawdza się zarówno w trudnych, gitarowych utworach jak i balladach. Radek Łukaszewicz, kiedyś jedyny głos Pustek, wspomagany od czasu do czasu przez Basię w chórkach, w przypadku Końca Kryzysu sam się w tych chórkach sporadycznie pojawia. Jak sama Basia wspominała: "Było to wyzwanie i pewnie nie spodobało się wielu osobom". Basiu: nam się podoba!
Były główny wokalista czyli wspomniany Radek Łukaszewicz skupił się na swoich, często genialnych partiach gitarowych, co jest kolejnym plusem owego przetasowania ról w zespole. Żeby to jeszcze było zwykłe granie - Radek po prostu na tej płycie błyszczy, wykorzystując zarówno tradycyjny sposób korzystania z tego instrumentu, jak również wszelkie fuzzy, przestery i efekty elektroniczne. Mamy takie efekty choćby w "Jesień Przyszło Mi Zwariować" czy "Czerwonej Fali". Swoją drogą - nie wiem czy ktoś ostatnio tak doskonale zbliżył się do - moim zdaniem - klasycznego brytyjskiego, bądź, jak sam zespół określa - "kraut" rockowego brzmienia, czyli tzw. rocka kapuścianego.
Jedno wiem na pewno: tak jak Pustki nie gra w Polsce obecnie nikt, nie ma bata, ba - wątpie czy kiedykolwiek ktoś zaprezentował taki poziom sceny alternatywnej, gdzie często spotykamy mdłe i zasłyszane tematycznie gitarowe kakofony lub słodkie ballady śpiewane po angielsku. Tego na Koniec Kryzysu nie ma. Jest po polsku, jest bardzo różnorodnie - są smyczki, pojawia się kontrabas, wiolonczela, skrzypce, jest nawet automat perkusyjny. Mamy piosenki i smutne: Nuda, Atrament i wesołe: Niezdrowy Rozsądek, zarówno progresywne: Jesień Przyszło mi Zwariować jak i ballady: Nie Zgubię Się w Tłumie. Właściwie wszystko co zawiera słownik najważniejszych form muzycznych. Gdy dorzucimy inteligentne, traktujące głównie o relacjach międzyludzkich teksty, mamy bardzo ciekawą, nietuzinkową całość, pokazującą Pustki jako zgrany zespół, który zaspokoi potrzeby najbardziej wymagającego słuchacza. Tego wam życzę drodzy Egidosłuchacze!
Uwagi: dwain@poczta.fm
Nasza ocena:5
1.04.2008

Radiohead"In Rainbows"


Doczekaliśmy się kolejnej płyty genialnych Anglików i szczerze przyznam - powaliła mnie na kolana.
Niesamowity jest Radiohead w swojej konsekwencji bycia niekonsekwentnym. Otóż mamy kolejny, zupełnie inny album.
Inny, bo jeszcze tak "pogodzonego" ze światem i z samym sobą Yorka nie słyszeliśmy. Inny, ponieważ porównując płytę z poprzednimi - eksperymentalnymi, skomplikowanymi i często szorstkimi propozycjami- In Rainbows jest niemal kojąca, relaksująca, pozwalająca się słuchać, nie wymagając skupienia jednocześnie. Nie słyszałem jeszcze tak oszczędnej aranżacyjnie płyty Radiohead. Owszem, niektóre utwory są niepokojące, jak 15 step czy Bodysnatchers, przypominające to trochę 2+2=5, to There There z Hail To The Thief, jednak to właśnie ten charakterystyczny, destrukcyjny klimat zespołu przeszedł ewolucję w coś co można nazwać swobodnym spadaniem. Także teksty są inne, nie traktują tak bardzo o wojnie i prezydencie Stanów Zjednoczonych (Hail To The Thief), nie wkraczają w klaustrofobiczne przerażenie (Ok Computer)- York wypośrodkował emocje dodając nawet element miłosny w All I Need is House Of Cards, co nie często mu się zdarza. Jednak większość tekstów jak zwykle nie jest łatwa i wymagają one większego zamyślenia. Kwintesencją są słowa Videotape, gdzie Thom żegna się ze światem, ale jest to zarazem "jego najdoskonalszy dzień jaki widział". Tragedia z happy endem.
Muzycznie nie ma się do czego przyczepić, ktoś zamruczy że znacznie lepsza jest druga część płyty, wg. mnie całość jest idealnie zgrana pod względem doboru utworów. Jeśli ktoś ma wątpliwości przy pozornie nudnym Nude- od razu dostaje ścianę dźwięku w Weird Fishes, przy okazji genialny koniec:), potem nadchodzi przepiękna ballada, tak ballada, All I Need i w dodatku o miłości! Faust ARP przypomina mi Beatlesów z Białego Albumu i zawiera cudownie zaaranżowaną orkiestrę smyczkową, House of Cards jest prosty aż do bólu ale uroczy no i Jigsaw- jeśli brakowało Wam akustycznych gitar, to tu mamy ich 3 jak na Knives Out. Jeszcze słowo o wokaliście - Thom zdumiewa mnie zawsze barwą głosu, nikt nie śpiewa tak wysoko, tak czysto i tak głęboko, że łza - chcąc nie chcąc - pojawia się w kącikach oczu. Piękny, krótki album. "THIS WILL BE ON MY VIDEOTAPE..."
Nasza ocena:5,5
3.03.2008

Novika"Tricks Of Life"


Utwory:
1. Depend On You
2. Tricks
3. Movie Girl
4. One Day Friend
5. See - Saw
6. So Full
7. Common Tear
8. California Dreaming
9. Mikawa Miya
10. First Lesson
11. Silence Is Pure

Mimo, że za warstwę muzyczną płyty odpowiedzialnych jest wiele osób, Novika wcieliła się w rolę producenta całości albumu, czuwając nad jego koncepcją, udziałem gości, muzyków, asystując przy każdym miksie. Kasia jest też autorką wszystkich tekstów, które odgrywają tu istotne znaczenie.
Rzeczywiście wsłuchując się uważnie w angielskie słowa artyski możemy dostrzec pewien sposób postrzegania rzeczywistości. Relacje kobieta-mężczyzna czy próba radzenia sobie z trudnościami życia to jej główne źródło twórcze. Jakkolwiek oklepane- inspiracje owe dają bardzo dobry, zaskakujący efekt czego przykładem niech będzie owy fragment:

coz falling in love is tricky...
it seems that no simple things can stand in the way
until it's time to compromise
nothing is like it used to be
how come that's a fact that love and freedom
don't go together
and that's the trick of life

Analizując w głowie te niby proste słowa, przekonujemy się że Novika to dojrzała i kreatywna 'pisarka'.
A co do samej muzyki- tutaj z pozoru leniwa, lekka całość serwuje nam po drodze nieco żywotniejszych elementów jak wspomniane Tricks of life- mieszanka laptopowej elektroniki i jazzu, zaczerpane z Matthew Herberta; nieco słabszy ale szybszy fragment: See-Saw, jedyny bodaj moment, gdzie płyta zbliża się do konwencji rocka; Common Tear- przypominające nieco dokonania Porcupine Tree- Lazarus z cudowną partią harfy Kasi Kolbowskiej; czy Mikawa Miya- społeczne spojrzenie na Japonię.
Jednak dominuje chillout, który co chwila łagodzi wszelakie mocniejsze wyskoki: Movie Girl, czyli niezastąpiona ręka Smolika; So Full- efekt tradycyjnej współpracy z A. Rojkiem; świetnie zremiksowane California Dreaming i kwintesencja płyty- Silence is Pure, czego nie powstydziłaby się żadna pianistka z Tori Amos na czele.
Novika jest otwarta- słychać że słucha i Roisin Murphy i Travisa i jazzu i hip-hopu. Albo jeśli nie słucha to w niej to słychać, i w sumie nie przeszkadza mi udział tylu gości- to właśnie dzięki nim mamy taką przyjemną podróż w świat zaczarowanej walizki Noviki:)
Nasza ocena:-4
1.12.2007

MUM "Go Go Smear the Poison Ivy"


Materiał na płytę "Go Go Smear the Poison Ivy" powstawał w różnych miejscach, m.in. w dawnej szkole, na zachodzie Finlandii czy w rybackim mieście Ísafjörđur w Islandii. Nie wszystkie kompozycje są nowe. Jeden z utworów powstał podczas sesji do albumu "Yesterday Was Dramatic, Today Is OK". Jest to pierwsze wydawnictwo zespołu, odkąd jego szeregi opuściła Kristín Anna Valtýsdóttir.

Utwory:
1. Blessed Brambles
2. Little Bit Sometimes
3. They Made Frogs Smoke Till They Exploded
4. These Eyes Are Berries
5. Moon Pulls
6. Marmalade Fires
7. Rhuubarbidoo
8. Dancing Behind My Eyelids
9. Schoolsong Misfortune
10. I Was Her Horse
11. Guilty Rocks
12. Winter (What We Never Were After All)

Kiedy pierwszy raz usłyszałem ciekawie nazywający się zespół MUM, moje pierwsze skojarzenie padło na Sigura Rosa. Jak się miałem wkrótce przekonać- nie do końca słuszne. Mum tylko z pozoru podąza ścieżką wspomnianego Rosa czy Bjork. Ta muzyka jest z każdej strony tak przytłaczająco niecodzienna, ekstrawagancka- nie boje się tego użyć, że wymyka się jakimkolwiek szufladkom czy schematom.
Wszystko zaczyna się od Blessed Brambles- lekkiej, wręcz optymistycznej, przechodzi w sprytne Little Bit Sometimes i dochodzi do singla z płyty- o przedziwnie brzmiącym tytule który zawiera w sobie oryginalne, "antenowe" brzmienie. Czujemy się jak w kosmosie. Potem jest taki bardzo przyjemny moment kiedy pojawiają się kolejno po sobie bardzo piękne, zgrabne i niezbyt, jak na Mum długie utwory z cudownym Marmalade Fires na czele. I tu zaczyna się jakby druga, instrumentalna część płyty, gdzie głosy ludzkie będą odgrywały rolę epizodyczną. I tak dochodzi do Winter który jest adekwatnym tytułem do opisania płyty. Tytko że zima w wydaniu Mum jest jakby ciepła, czarująca, kojąca swym pięknem i magią niczym święta. Polecam serdecznie.
Nasza ocena:5
28.01.2007

The Good, The Bad & The Queen "The Good, The Bad & The Queen"


Z tym zespołem jest jak z Realem Madryt - galaktyka gwiazd zebrana po to, żeby rządzić i dzielić w footballu, a okazało się, że zbyt dużo indywidualności sobie przeszkadza. W TGTB&TQ są cztery gwiazdy (plus producent, gwiazda nie mniejsza), które mogłyby stworzyć nową jakość, a ich dzieło niestety nie sprostało oczekiwaniom słuchaczy (kibiców). Damon Albarn chciał może i przyćmić swoje dokonania z Gorillaz, ale wyszła mu kopia tamtych nagrań. Kopia, jak wiadomo, choćby najlepsza, zawsze będzie porównywana do oryginału. Pierwsza myśl, jaka przychodzi do głowy, to brak przebojów, od razu porywających do nucenia (jak choćby "Clint Eastwood" czy "Dare"). Jednak wcale nie znaczy to, że na płycie brakuje dobrych utworów: piosenki znane z singli ("Kingdom of Doom", "Herculean") czy kilka innych melodii ("History Song", "Northern Whale", świetne "Nature Springs" z gwizdaniem rodem z filmów Sergio Leone – w końcu nazwa zobowiązuje) to bardzo dobre propozycje. Właściwie cały album ma swój mroczny, cmentarno-pastiszowy klimat (brawo dla producenta Danger Mousa), ale to już gdzieś było. Co do instrumentalistów, najbardziej szkoda świetnego perkusisty Tonego Allena, którego prawie wcale nie słychać. Owszem, jest miażdżący bas Paula Simonona (The Clash), Damon wyżywa się na wszelkiego rodzaju klawiszach, Simon Tong (The Verve) brzdąka na gitarach, ale Tony najwyraźniej nudzi się grając prościutkie, rodem z automatów perkusyjnych, rytmy. Dopiero w "Three Changes" pokazuje, na co go stać.
Jeżeli z The Good, The Bad & The Queen jest jak z Realem Madryt, to jedno jest pewne: być może nie każdy mecz (piosenka) to efektowne zwycięstwo, ale i tak ogląda (słucha) się ich z dużą przyjemnością.
Nasza ocena:4
Skomentuj

6.11.2006

The Long Blondes "Someone to Drive You Home"


Nowy trend we współczesnej muzyce - więcej kobiet niż mężczyzn w zespole muzycznym - wreszcie osiąga wysoką jakość wykonawczą. Po udanych nagraniach CSS i New Young Pony Club, wreszcie doczekaliśmy się świetnej płyty długogrającej. Ukazujące się właśnie "Someone to Drive You Home" brytyjskiej grupy z Sheffield The Long Blondes (Kate, Reenie i Emma jako przedstawicielki płci pięknej oraz Dorian i Screech - płeć "piękna inaczej") to doskonała płyta łącząca wszystko to, co dzieje się ostatnio na rynku muzycznym. Popowe melodie? Proszę bardzo, utwory zaczynają chodzić po głowie już po kilku przesłuchaniach ("Once And Never Again", "Separated By Motorways", "Weekend Without Makeup" itd.), trudno przy nich nie tańczyć czy nie skakać - jak kto woli. Gitary? Jak najbardziej, przyjemnie brudne i zadziorne. Teksty? Lekkie, może niezbyt zobowiązujące, ale bardzo kobiece. W dodatku wokal - wysoki, charakterystyczny, brzmiące momentami jak Morrissey w spódnicy. A co najważniejsze, całość ma styl i lekkość, czego niektórym zespołom brakuje. Wysokiej klasy pop (a u nas ciągle alternatywa i nisza) jako połączenie Joy Division, Pulp i Abby. Nie spodziewałem się tak dobrej płyty. Brawo!
Nasza ocena:4,5

20.10.2006

The Killers "Sam's Town"


Chciałbym klęknąć przed głośnikami i krzyczeć - "To najlepsza płyta tego roku!". Chciałbym, ale nie mogę. Jestem rozczarowany, ale na pewno mniej niż kilka dni temu, kiedy przesłuchałem ten album po raz pierwszy - wtedy mój gniew sięgnął zenitu. Ale po kilku przesłuchaniach stwierdzam, że nie jest aż tak źle. Jednak to wciąż nie ci The Killers, których pokochałem w 2004 roku za genialny debiut "Hot Fuss".
Najpierw był wspaniały singiel - "When You Were Young" wyostrzył mój apetyt maksymalnie. Porywające, szybkie granie, przejmujący tekst, wspaniały teledysk. Całość płyty nie wytrzymała tego porównania. Na początek "Sam's Town" - tytułowe nagranie może nie wgniata w fotel, ale jest całkiem przyzwoite. Potem singiel, ciekawe "Bling (Confession of a King)" (z nieznośnym wstępem) - chyba drugi najlepszy utwór na albumie chłopaków z Las Vegas. "For Reasons Unknown" i "Read My Mind" też nie są najgorsze. "Uncle Johnny" to numer trzy - przyzwoite, Killerowe granie z mocnymi gitarami i fajnie wpisującą się w to elektroniką. Potem jest tragedia - "Bones" z klawiszami z disco-polo i tekstem, który mógł spłodzić Robert Gawliński. "My List" zaczyna się lubić dopiero w ostatniej minucie, a "Why Do I Keep Counting?" to żywa kopia utworu "All These Things That I've Done" z "Hot Fuss". Są też jakieś pseude-metaforyczne dyrdymały o dzikiej rzece ("The River Is Wild") i pseudo-beatlesowski koniec ("Exitlude"), który po kilku przesłuchaniach wydaje się nawet sympatyczny.
Szkoda, że członkowie The Killers zamienili markowe ciuchy na kowbojki i jeansy, a inspiracje muzyczne z Duran Duran i The Cure na połączenie wczesnego Depeche Mode z kicz-metalem lat 80. Denerwują mnie na "Sam's Town" pretensjonalne wstępy do utworów, nieprzyjemne brzmienie klawiszy i głupkowate teksty. Tylko tyle i aż tyle. Szkoda, że te wpadki tak wpływają na odbiór całkiem niezłej reszty.
Nasza ocena:3,5

7.05.2006

Gnarls Barkley "St. Elsewhere"


Na tej płycie udało się połączyć kilka światów: muzykę komercyjna z niezwykłym artystycznym sukcesem, nowe brzmienia elektroniczne z tradycją gospel, bluesa i funky, taneczne rytmy z niezwykle urokliwą aranżacją. Krytycy już mówią o nich jako o nowym Outkast czy Gorillaz. Kim są Gnarls Barkley? To producent Danger Mouse i raper Cee-Lo Green. Raper ma niezwykle chcarkaterystyczny, skrzekliwy głos, świetnie sobie radzi ze śpiewem w stylu soul czy gospel, jak i z delikatnym mruczeniem. Producent zrobił kawał genialnej roboty, dzięki której album brzmi świeżo, czysto i ciepło. Można tańczyć, można się zrelaksować, a po pierwszym przesłuchanie melodie zaczynają same powracać w głowie. Na pierwszy ogień poszedł kawałek "Crazy", katowany przez telewizje muzyczne i radiostacje do znudzenia - to może przerażać, że komercja itd., ale nic bardziej mylnego: płyta spodoba się każdemu wyczulonemu na nowe granie, wrażliwemu słuchaczowi. Ja właśnie kolejny raz udaję się do Świętego Gdzieindziej, co zalecam również Wam.
Nasza ocena:5,5

29.04.2006

Gotan Project "Lunatico"


Druga płyta paryskiego trio przypadnie do gustu wszystkim tym, którzy pokochali debiut tego zespołu, wspaniałe "La Revanch del Tango". Album jest hołdem dla Carlosa Gadela, tworzącego w latach 30. króla tanga i flamenco. Muzyczna mieszanka odległych czasowo brzmień ze współczesną elektroniką wypada zachwycająco pięknie, melancholijnie i odrobinę niepokojąco, a nad całością unosi się charakterystyczny dźwięk bandeonu. Na płycie pojawili się świetni goście: Calexico ("Amor Porteno"), Juan Carlos Cacares ("Notas") czy argentyńscy raperzy z grupy Koxmoz ("Mi Confesion"). Muzycy Gotan Project nagrywali "Lunatico" w Buenos Aries - nigdy tam nie byłem, ale dzięki tej płycie można się tam przenieść i zamykając oczy udać się w gorący, pogodny wieczór na spacer ulicami tego miasta.
Nasza ocena:5

26.03.2006

Mogwai "Mr. Beast"


"Pan Bestia" to tytuł przewrotny: jeżeli spodziewacie się krwawiących od ściany gitar uszu, możecie być rozczarowani. Piąty studyjny album szkockich post-rockowców z Mogwai jest propozycją raczej relaksującą, z dwoma wyjątkami. Pierwszy to świetny "Glasgow Mega-Snake", który rozwija się powoli w gitarową kanonadę, drugi to kończący album "We're No Here", chaotyczny i przyciężkawy utwór. Wydaje się, że po dwóch poprzednich płytach ("Rock Action" i "Happy Songs For Happy People”") chłopaki chcieli przypomnieć skąd się wzięli, a jednocześnie pozostać wierni minimalistycznym brzmieniom i elektronice. Wyszło to wszystko średnio i mało przekonująco. Są niezwykle ciekawe eksperymenty, jak brzmienia country ("Acid Food", "Travel is Dangerous"), ale zabrakło pasji i lekkości. Cieszy mnie, że znowu ktoś na płycie śpiewa i to jeden z pozytywów. Boje się tylko, że dość szybko zapomnimy o tych utworach. A kto chce sprawdzić, czy muzyka Mogwai może powalać gitarowym ogniem i hałasem, musi udać się na koncert.
Nasza ocena:3,5
Skomentuj

Placebo "Meds"


Powracają po paru latach przerwy, niektórzy zdążyli się za nimi stęsknić. Ja trochę też, ale nie oczekiwałem całkiem odmienionej grupy, z nową propozycja muzyczną. Placeb to już kalsyka, płyta "Without You I’m Nothing" to kanon. Czy mogło być lepiej? Raczej nie. Poziom albumu jest równy, jest kilka perełek (otwierający duet z VV "Meds", zadumane "Follow The Cops Back Home", cudowna kulminacja "Song To Say Goodbye"), ale też są piosenki-nieporozumienia ("Pierot the Clown", który odrzuca od razu). Ale średnia płyty jest całkiem niezła. Nie będę potępiał Placebo za tą płytę, nie padnę na kolana. Doceniam poszukiwana nowych brzmień, zaskakujące duety (Michael Stipe) i być może niedługo wykluje się z tego coś zupełnie nowego. Na razie - jest solidna trója z plusem.
Nasza ocena:3,5

10.02.2006

Sway "This Is My Demo"


Sway, czyli Derek Safo, lub jak sam woli - Sway DaSafo, to kolejny ważny artysta zajmujący się szeroko pojętym hip-hopem w Wielkiej Brytanii. "To moje demo!" może buńczucznie powiedzieć Sway - sam skomponował wszystkie utwory, sam je wyprodukował, wydał własnym sumptem. Płyta sprzedaje się świetnie - trudno się dziwić, to najoryginalniejsza pozycja tego gatunku jaką słyszałem od debiutu The Streets. Derek rymuje szybko, ciekawie i co najważniejsze zabawnie. Warstwa tekstowa zawiera dużą dawkę ironii i prześmiewczego humoru (w "Hype Boys" dostaje się Busta Rhymes, Jamiroquaiowi i M.I.A.), ale Derek potrafi śmiać się także z siebie ("Little Derek", "Flo' Fashion"), a skity na płycie są doskonałe (kpina z Kofie Anana, z brytyjskich list przebojów)! Sway to nie tylko prześmiewca, ale uważny obserwator - "Pretty Ugly Husband" to wstrząsający utwór o przemocy w rodzinie, prawie w każdym utworze pojawiają się też społeczne obrazki z życia w Wielkiej Brytanii. Artysta daje też wyraz swojego - i nie tylko – kompleksu wobec amerykańskiego hip-hopu ("Little Derek": "When You Do the UK Rap You're No. 2") i mam wrażenie, że coś w tym jest: brytyjski hip-hop jest na tyle charakterystyczny i inny od tego, co robią ich koledzy za wielką wodą, że prawdopodobnie nigdy nie sanie się tak masowo popularny. Mnie jednak nigdy Amerykański rap czy R&B nie przekonywał, a brytyjskie produkcje z tej półki mają w sobie to COŚ. Byli The Streets, Roots Manuva, The Mitchell Brothers, M.I.A. - teraz przyszedł czas na Swaya.
Nasza ocena:4,5
Skomentuj

Clap Your Hands Say Yeah "Clap Your Hands Say Yeah"


O tej grupie mówi się dobrze w Stanach od połowy ubiegłego roku, w Europie od jesieni, ale na prawdziwy debiut na naszym kontynencie musieli czekać do stycznia 2006. Wtedy to nakładem brytyjskiej wytwórni Wichita ukazał się debiutancki album nowojorczyków z Clap Your Hands Say Yeah. Warto było czekać, bo płyta jest znakomita i świetnie wpisuje się w koloryt tamtejszego rynku muzycznego i tego miasta. Być może o zespole nie byłoby tak głośno gdyby nie wokalista i gitarzysta Alec Ounsworth, którego maniera śpiewania w stylu Davida Byrna na początku trochę drażni, ale po chwili sprawia po prostu czystą radość słuchania. Krytycy piszą o połączeniu Talking Heads z The Arcade Fire – proporcje pomiędzy grobową atmosferą a nastrojem zabawy sa tu wyrównane. Piosenki są świetne, poprawnie skomponowane, melodyjne i rytmiczne, ale ostatnio takich mamy na pęczki. To, co wyróżnia CYHSY od innych to właśnie TEN głos.
Płyta jest krótka i generalnie nie ma słabych utworów, do jazdy obowiązkowej zaliczyć należy "Let The Cool Goddess Rust Away", "Over And Over Again", "Heavy Metal", "In This Home on Ice" oraz "Upon This Tidal Wave of Young Blood". Choć grałem już tą muzykę w swojej audycji w ubiegłym roku, teraz na fali europejskiego wydania warto do niej powrócić.
Nasza ocena:5

Calla „Collisions”


Zupełne przeciwieństwo tego, co mnie ostatnio w muzyce pociąga: ciemne, melancholijne granie, odrobinę znudzonych chłopaków. Czwarta płyta w dorobku nowojorczyków z Calla zupełnie nie pasuje do trendów dzisiejszego indie-pop czy indie-rock. I być może również przez to, że wokół jest taka nieprzyjazna aura pogodowa, mało komu chce się wejść w mroczną aurę wytworzoną na płycie "Collisions". Jest na tym wydawnictwie coś z najbardziej ponurych nagrań Radiohead, ale brak mu trochę błyskotliwości i przebojowości. Singlowe "It Dawned On Me", "Play Dead" z porywającym riffem, mocne "Testify" oraz natchnione "Overshadowed" to najlepsze momenty tej płyty. Reszta natomiast w miarę słuchania robi się coraz bardziej monotonna. Warto jednak dać grupie Calla szansę, wsłuchać się w ukryte w poszczególnych utworach smaczki, tamburyn, organy czy harmonia, zakamuflowane pod masą posępnej atmosfery.
Nasza ocena:3,5

Belle And Sebastian "The Life Pursuit"


Są takie płyty, którym można po pierwszym przesłuchaniu przypisać jakieś określenie - dla mnie szósta płyta szkockiej grupy Belle And Sebastian to "muzyka poranka". Nie jest to zwykły poranek, ale rześki, radosny i pełen miłości początek dnia zakochanej pary. Może brzmi to prosto i banalnie, ale taka jest właśnie muzyka na płycie "The Life Pursuit". I nie jest to żaden zarzut! Proste i zarazem urzekające melodie z wesołym, niewinnym głosem Stuarta Murdocha sprawiają wrażenie nierealnego piękna schowanego w codziennym, otaczającym nas świecie. Akustyczne brzmienia rodem z muzyki country, gitarowe akordy pełne radości i odrobina tandetnej elektroniki lat 80. tworzą mieszankę wybuchową. Takie utwory jak "The Blues Are Still Blue", "Funny Little Frog" czy "For The Price Of A Cup Of Tea" to murowane hity, a zarazem najpiękniejsze piosenki jakie słyszałem od pewnego czasu.
Jest w muzyce Belle And Sebastian, najpopularniejszego zespołu Szkocji 2005 roku, jakaś cudowna naiwność, której naprawdę trudno się oprzeć. I aż dziw bierze, że ta grupa jest tak słabo znana w Polsce. Indie-pop żyje i ma się wyśmienicie.
Nasza ocena:5

Arctic Monkeys "Whatever People Say I Am, That's What I'm Not"


Pierwsza wyśmienita płyta nowego roku, przez New Musical Express już obwołana najlepszym albumem 2006. Faktycznie, jest czego słuchać: melodyjne piosenki, może i surowo zaaranżowane, ale pełne siły i wigoru. Płytę zapowiadał już w ubiegłym roku świetny singiel "I Bet You Look Good On A Dancefloor" - podobnych killerów na płycie jest więcej: od rozpoczynającego "The View From The Afternoon", przez "Fake Tales of San Francisco", drugi singiel "When The Sun Goes Down" po ostatni "A Certain Romance". Właściwie nie ma na tym albumie słabszej piosenki, większość nadawałaby się spokojnie na przeboje.
Wytwórnia Domino znowu, po Franz Ferdinand i The Kills, trafiła na żyłę złota. Płyta kwartetu z Sheffield, czerpiącego pełnymi garściami z dokonań The Smiths, The Clash i The Jam będzie sprzedawała się w setkach tysięcy egzemplarzy. Arctic Monkeys - nowe gwiazdy brytyjskiej alternatywnej sceny gitarowej.
Nasza ocena:5,5

Richard Ashcroft "Keys To The World"


Jestem zły i to bardzo. Kolejny raz nabito mnie w butelkę i zrobiła to ta sama osoba. Nowa płyta Richarda Ashcrofta, "Keys To The World" rozczarowuje - delikatnie mówiąc. Zapowiadał ją całkiem przyjemny singiel - "Break The Night With Colour". Poza tą piosenką, utworem tytułowym i ciekawie zaaranżowanym kawałkiem "75 Degrees" na tej płycie wieje nudą. Dominują spokojne (żeby nie powiedzieć nudne) piosenki, polane sosem instrumentów smyczkowych (mdłym do obrzydliwości), w większości nieciekawe i napisane bez polotu. Dlaczego zostałem oszukany drugi raz? Z poprzednią płytą, "Human Conditions" było podobnie - niezły singiel, a poza tym cienko. Trzecia płyta lidera nieistniejącego zespołu The Verve to zwykły bubel.
Nasza ocena:2

The Strokes "First Impressions of Earth"


W 2001 roku obwołano ich zbawcami rock'n'rolla - to od nich zaczął się powrót do brzmień lat 70 tych, krótkie płyty, niegrzeczny wygląd młodych chłopców. "Is This It?" była przełomem. Potem był słabszy album "Room on Fire" (2003) i oczekiwaliśmy na trzeci, ponoć najważniejszy album w karierze każdej grupy. Czy jest jakaś drastyczna zmiana? Nie, The Strokes grają po swojemu, ale radośniej i jaśniej niż na poprzedniej płycie. Początek jest naprawdę dobry: "You Only Live Once" i singlowy "Juicebox" to piosenki najwyższej klasy. Połowa płyty łatwo wpada w ucho, melodie chodzą po głowie już po pierwszym przesłuchaniu. Niestety, potem robi się monotonnie. Chłopcy z Nowego Yorku zapomnieli, że lepiej pozostawić niedosyt, niż przesyt.
Szkoda, że mało oryginalnie, szkoda, że za długo.
Nasza ocena:3,5

ocenia Maciek Michalski

Kult "Poligono Industrial"


No i mamy kolejną płytę zespołu młodzieży polskiej KULT. Wszyscy fani wytrwale czekali aż 4 lata na nowy krążek macierzystego zespołu Kazika, po drodze dostając niezbyt ciekawy singiel "Kazelot". Gdy kupiłem sobie ów singiel na jednej z pomarańczowych tras byłem pełen niepokoju i lęku. Jak będzie wyglądać nowa płyta? Czy nie lepiej dla KULTU byłoby gdyby nic nie nagrywał? Takie pytania zadawałem sobie do 5 grudnia 2005. Nowy album zmienił mój światopogląd. Uważam, że płyta "Poligono industrial" jest o niebo lepsza od poprzedniej płyty "Salon recreativo". Warto było męczyć się i pocić w studiu przez 8 miesięcy, aby później nagrać takie utwory jak: "Bracia", "Pan Pancerny" czy też promocyjny(bardzo kultowy) utwór "Kocham Cię a miłości swoją". Płyta jest dobra, ale nie przebije takich dzieł jak "Spokojnie", "Tata Kazika" czy też "Tata 2". Bardzo ciekawy muzyczny poligon eksperymentalny, ale to chyba w dużej mierze zasługa Krzysztofa Banasika.
Nasza ocena:4+

ocenia Radek Folta

Różni wykonawcy "Tribute to Partia"


Płyty z cyklu "Tribute to..." powstają zazwyczaj dedykowane wykonawcom bądź grupom leciwym, które wpłynęły na kolejne muzyczne pokolenia. Partia to właśnie taki przypadek: choć zespół to młody, to od dwóch lat nieistniejący (zastąpiły go Komety), a wpływ na granie innyc zespołów wywarł istotne. W dziesiątą rocznicę założenia Partii wytwórnia jimmy jazz wydała album, na których dwudziestu czterech (!) młodych polskich wykonawców gra po swojemu kawałki Lesława i kolegów. Z różnym skutkiem - bywa lepiej (np. Pustki, Klarknova, The Headhunters, Happysad, The Analogs, Vespa, Stan Zvezda), momentami bywa gorzej (np. Nowy Świat, Beri Beri), ale znakomite utwory Partii naprawdę trudno zepsuć. Choć to nierówna płyta, jak często ze składankami bywa, słabsze piosenki nie psują dobrego wrażenia całości. Szkoda tylko, że tak niewielu wykonawców postanowiło "pobawić się" dźwiękami kultowej Partii. Dla fanów grupy i wszystkich interesujących się rodzimą alternatywą - pozycja obowiązkowa.
Nasza ocena:4

Mylo "Destroy Rock'n'Roll"


Niestety, po raz kolejny doświadczamy na swojej skórze ułomności polskiego rynku muzycznego. 12 grudnia ukazała się u nas płyta, która w 2004 roku na Wyspach została okrzyknięta wydarzeniem rynku muzyki tanecznej. Nie bójcie się, to żadna rąbanka. Mylo, czyli Myles MacInnes, DJ i producent, wyciąga z otaczającej go przestrzeni muzycznej najlepsze składniki i tworzy z nich układankę, może nie oryginalną, ale świeżą, porywającą i doskonale wpadającą w ucho. Jest disco, techno, house, pop lat 80., melodyka Duran Duran. Jego twórczość można porównać do Daft Punk, Lemon Jelly czy Toma Veka, a Mylo mówi o sobie, że jest Szkocką odpowiedzią na Royksopp.
"Drop The Pressure", "Destroy Rock & Roll", "In My Arms" - to największe przeboje z tej płyty. Polecam wszystkim wyczulonym na wesołe, taneczne, pozbawione banalności rytmy.
Nasza ocena:5

Bloc Party "Silent Alarm"



Długo czekaliśmy na tą płytę w Polsce, bo aż dziesięć miesięcy. Wreszcie jeden z najlepszych albumów 2005 roku ukazał się u nas, a według opiniotwórczego magazynu New Musical Express - numer 1. Styl muzyczny grupy Bloc Party to wypadkowa wielu wpływów: zadziorność punk i grunge, rytmika muzyki tanecznej, melodie w stylu pop. Do tego charyzmatyczny wokalista, pochodzący z Nigerii Kele Okereke. "Silent Alarm" jest płytą niezwykle porywającą, momentami mocną, głośną, chwilami wyciszoną i niepozbawioną refleksji, a przez cały czas rytm sprawia, że tupiemy miarowo nóżką. Gorąco polecamy!
Więcej o Bloc Party znajdziesz tutaj.
Nasza ocena:5,5

::do góry

Studenckie Studio Radiowe EGIDA
Dom Studenta 1, ul. Studencka 15, 40-753 Katowice
tel/fax (32) 358-66-12
e-mail - egida@us.edu.pl Komunikator GG: 9268361
Realizacja 2008 Radek Folta & Bartek Wawro