Najlepiej, najdalej, najwyżej. Oto dział poświęcony recenzjom przygotowywanym przez redaktorów Radia "Egida". Znajdziecie tutaj
nasze subiektywne oceny nowych płyt i filmów.
Skala ocen odpowiada tej znanej ze szkoły, rozpina się od 1 do 6: 1 - dno, 2 - fatalne, 3 - ujdzie, 4 - dobrze,
5 - bardzo dobre, 6 - rewelacja.
reż. Woody Allen
Najnowszy film Woodego Allena 'Sen Kasandry' to kolejna pozycja w prywatnym dialogu reżysera z dostojewszczyzną. Dialog ów, prowadzony na poważnie, choć z typowym dla Allena dystansem intelektualnym, przymrużeniem oka i ironią pojawia się już wcześniej w 'Zbrodniach i Wykroczeniach' oraz we 'Wszystko Gra'.
Fabuła opowiada historię dwóch braci, którzy popadają w finansowe tarapaty. Naprzeciw ich potrzebom wychodzi ich zamożny krewny, z pewną mroczną propozycją.
Mamy tutaj nawiązania do biblijnej opowieści o Kainie i Ablu, do greckich tragedii (co sam tytuł sugeruje), a także, jak już wcześniej było wspomniane, do spuścizny Dostojewskiego ze szczególnym uwzględnieniem 'Zbrodni i Kary'. Film ciekawy do interpretacji, w finale okazuje się być jednym z najbardziej ateistycznych i nihilistycznych dzieł w dorobku reżysera.
Początkowo w filmie nie widać Allena jako autora (również przez brak jego samego, jako aktora). Nie ma typowych dla niego postaci, ciętych, zabawnych, inteligenckich dialogów i wylewającej się z ekranu neurozy w stanie czystym, allenowskim. Klasyczny jazz został zastąpiony muzyką skomponowaną przez, skądinąd znamienitego, Philipa Glassa. Uważny obserwator dostrzeże jednak starego mistrza w momentach wisielczego, czarnego humoru, czy w postaci złego alter ego dawnych allenowskich bohaterów, wujka Howarda (świetny Tom Wilkinson).
Jak w greckiej tragedii śmierć i przemoc nie są ukazywane, a tylko sugerowane, co bardzo dobrze wpływa na dramaturgię obrazu. Jeżeli można Allenowi zarzucić tutaj brak polotu i finezji, to w zamian otrzymujemy co najmniej sprawnie skonstruowany obraz, z bardzo dobrze potęgowanym napięciem. Film, mimo prostej w sumie fabuły, potrafi widza zaskoczyć i zmusić do niepokoju.
Aktorsko na wysokim poziomie. Zaskakuje szczególnie Collin Farell obsadzony wbrew dotychczasowemu emploi, okazuje się jednak być aktorem.
Allen ciągle nie jest w formie sprzed lat, ale w żadnym wypadku nie można powiedzieć, że się wypalił.
Przemek S.
Audycja Filmowa Movies i Masz
Doczekaliśmy się kolejnej płyty genialnych Anglików i szczerze przyznam - powaliła mnie na kolana.
Niesamowity jest Radiohead w swojej konsekwencji bycia niekonsekwentnym. Otóż mamy kolejny, zupełnie inny
album.
Inny, bo jeszcze tak "pogodzonego" ze światem i z samym sobą Yorka nie słyszeliśmy. Inny, ponieważ porównując płytę z poprzednimi -
eksperymentalnymi, skomplikowanymi i często szorstkimi propozycjami- In Rainbows jest niemal kojąca, relaksująca, pozwalająca się słuchać, nie wymagając skupienia jednocześnie. Nie słyszałem jeszcze tak oszczędnej aranżacyjnie płyty Radiohead. Owszem, niektóre utwory są niepokojące, jak 15 step czy Bodysnatchers, przypominające to trochę 2+2=5, to There There z Hail To The Thief, jednak to właśnie ten charakterystyczny, destrukcyjny klimat zespołu przeszedł ewolucję w coś co można nazwać swobodnym spadaniem. Także teksty są inne, nie traktują tak bardzo o wojnie i prezydencie Stanów Zjednoczonych (Hail To The Thief), nie wkraczają w klaustrofobiczne przerażenie (Ok Computer)- York wypośrodkował emocje dodając nawet element miłosny w All I Need is House Of Cards, co nie często mu się zdarza. Jednak większość tekstów jak zwykle nie jest łatwa i wymagają one większego zamyślenia. Kwintesencją są słowa Videotape, gdzie Thom żegna się ze światem, ale jest to zarazem "jego najdoskonalszy dzień jaki widział". Tragedia z happy endem.
Muzycznie nie ma się do czego przyczepić, ktoś zamruczy że znacznie lepsza jest druga część płyty, wg. mnie całość jest idealnie zgrana pod względem doboru utworów. Jeśli ktoś ma wątpliwości przy pozornie nudnym Nude- od razu dostaje ścianę dźwięku w Weird Fishes, przy okazji genialny koniec:), potem nadchodzi przepiękna ballada, tak ballada, All I Need i w dodatku o miłości! Faust ARP przypomina mi Beatlesów z Białego Albumu i zawiera cudownie zaaranżowaną orkiestrę smyczkową, House of Cards jest prosty aż do bólu ale uroczy no i Jigsaw- jeśli brakowało Wam akustycznych gitar, to tu mamy ich 3 jak na Knives Out. Jeszcze słowo o wokaliście - Thom zdumiewa mnie zawsze barwą głosu, nikt nie śpiewa tak wysoko, tak czysto i tak głęboko, że łza - chcąc nie chcąc - pojawia się w kącikach oczu. Piękny, krótki album. "THIS WILL BE ON MY VIDEOTAPE..."
Nasza ocena:5,5 Więcej recenzji...