|
Środek wakacji, środek tygodnia, praktycznie środek Polski. W ubiegły czwartek na stadionie warszawskiej
Gwardii, po 25 latach od ich pierwszego spotkania z polską publicznością, ponownie zagrała grupa Iron Maiden.
Tuzy heavy metalu, niekwestionowana gwiazda w swym gatunku, niezwykli showmani - to dla nich, blisko 30
tysięcy ludzi z całego kraju, jak również i zagranicy, zjechało do stolicy, by przeżyć niezapomnianą,
dwugodzinną przygodę z Edim (fantastyczną postacią, maskotką zespołu, ich symbolem).
Napierający na barierki tłum, z godziny na godzinę rósł w siłę. Pierwsi fani koczowali już od wczoraj, dziś
zaczęli zbierać się we wczesnych godzinach porannych, a wszystko to po to, aby być tymi pierwszymi, tymi
najbliżej usytuowanymi. Ścisk, ukrop, dyskomfort - te słowa nie mają racji bycia, gdy jest się prawdziwym
fanem. I choć zdawałoby się, że pod sceną widzieć będziemy samą młodzież, to nic bardziej mylnego w
przypadku Maidenów, których średnia wieku fanów to trzydziestka z hakiem. 'Barierki odpuściłem w połowie,
nie wytrzymałem nacisku, wiesz, byłem tu jako osiemnastolatek, dziś mam czterdzieści dwa lata i jestem tu
ponownie' - mówi jeden z wieloletnich fanów, Pomorzanin Leszek i dodaje: 'To wspaniałe gdy muzyka łączy
pokolenia'.
Punktualnie o godzinie 16:00 bramy zostały otwarte i choć nie obyło się bez krzyków i pohukiwań to jednak
wejście przebiegło zaskakująco sprawnie i szybko. Pod sceną z wolna gromadzi się fanclub i pozostali, na
trybunach i płycie jeszcze pustki. Tuż po szóstej na scenie pojawił się pierwszy support. Lauren Harris - to
nazwa zespołu oraz imię i nazwisko wokalistki (btw. córki basisty Iron Maiden - czyżby mała koneksja ?!). Ta
rockowa grupa z lekkim heavy zabarwieniem, wypadła wyjątkowo słabo. Ich brzmienie było pozbawione
synchronizacji, muzyka rozmijała się z wokalem - nic więc dziwnego, że stadion wciąż świecił pustkami.
Z minuty na minutę ruch zwiększał się, a obiekt powoli wypełniał się słuchaczami. Gdy koło 19:00 na scenie
pojawili się chłopaki z Made Of Hate, tłum zapełnił trybuny, a i na płycie coraz mniej widocznych luk. 40-to
minutowy koncert, mimo technicznych usterek, okazał się znakomitym wstępem do centralnego show. To w
większości zasługa starego materiału, który zagrał zespół oraz jego członka, basisty, który fantastycznie
zaimprowizował w czasie wspomnianych kłopotów ze sprzętem. Po godzinie ciężko było szukać wolnych
miejsc na niewielkim stołecznym stadionie.
Słońce gasło, tłum konsolidował się, w górę powędrowały flagi i transparenty, gdy paręnaście minut po ósmej
rozbrzmiały pierwsze dźwięki 'Transylvanii'- mała zmyłka, to jeszcze nie jest początek koncertu. Skuteczna
zmyłka, by rozochocić tłum i efektownie opuścić kurtynę. Błysk świateł, błysk fleszów, błysk w oczach fanów i
oto jest scena z fantastyczną dekoracją i Nicko za perkusją. Pierwsze takty i są: Dave, Janick, Adrian, Steve i on -
Bruce, jeden z najbardziej charyzmatycznych wokalistów jakich zrodziła scena rockowa. Rozpoczęła się
podróż w muzyczną krainę, gdzie fikcja przeplata się z rzeczywistością, gdzie myśli wybiegają poza granice
zwykłych rozważań. Podróż w mistyczny świat Iron Maiden. Tajemnica, mistyka, metafizyka - to rzeczowniki,
które najlepiej charakteryzują czwartkowy koncert. Poczynając od znakomitej warstwy tekstowej, poprzez
precyzyjną muzykę, intrygującą scenografię, niezwykłe efekty wizualne (gra świateł, dym, fantastyczne postacie,
sztuczne ognie), kończąc na fenomenalnym głosie wokalisty i niespotykanej więzi z publicznością.
Wdzięczność i miłość fanów wyrażała się na każdym kroku, począwszy od spektakularnego 'Happy Birthday'
wyśpiewanym przez 30 tysięczny tłum po 'The Trooper', przez specjalne flagi podarowane zespołowi, po
masowy śpiew każdego, bez wyjątku, każdego utworu i polskie 'Sto lat' odśpiewane w czasie bisu.
Iron Maiden nie rozczarowali. Zagrawszy sprawdzony repertuar z lat 80, jak przystało na gwiazdę światowego
formatu, ich występ stał na wysokim poziomie i był niezwykłym widowiskiem. Jedyne uwagi jakie dało się
usłyszeć z opuszczającego stadion tłumu, to słowa: za krótko i za rzadko. Punktualnie rozpoczęty i zakończony
koncert, był dawką ponadczasowej muzyki, daniem podanym z niezwykłą gracją, dobrymi przystawkami i co
najważniejsze, zjadliwym zarówno dla dwunastolatków jak i dwudziestolatków i pięćdziesięciolatków. Niejeden
zespół mógłby się wiele nauczyć od staruszków z Iron Maiden.
Życząc takich koncertów Wam wszystkim, wprost ze stolicy - Robert Włodarczyk
|